czwartek, 30 listopada 2017

Ukarator dostarczył


Po serialu The Punisher nie spodziewałem się absolutnie niczego. Co prawda Frank Castle był najlepszym elementem drugiego sezonu Daredevila, ale kolejne Marvelowe seriale Netflixa były coraz gorsze, czego zwieńczeniem było okropne Defenders, więc zacząłem wątpić, że Netflix jest jeszcze w stanie wyprodukować dobry serial superbohaterski. Punisher jednak udowodnił mi, że się mylę, i okazał się serialem bardzo dobrym. Więcej nawet, najlepszym serialem Marvela od czasów pierwszego sezonu Daredevila.

Na pierwszy rzut oka fabuła Punishera wydaje się najbardziej banalną i sztampową historią, jaką można napisać używając tej postaci. Po wykończeniu wszystkich członków mafii, którzy brali udział w morderstwie jego rodziny, Frank odkrywa spisek wojskowy związany z jego mroczną przeszłością. I faktycznie jest to banalna historia, a jej jedyny twist znany jest czytelnikom komiksów od ponad czterdziestu lat, ale jest też bardzo dobrze wykonana. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w wyżej wspomnianym pierwszym sezonie Daredevila, który też przecież operował schematami, ale doprowadzał je do perfekcji. Te seriale nie starają się powiedzieć widzom czegoś nowego o danym bohaterze, tylko pokazać im na ekranie jego esencję, i to wychodzi im po prostu świetnie.

Skoro już mowa o bohaterach to trzeba powiedzieć, że to właśnie oni są najmocniejszym punktem tego serialu. Sam Frank został przedstawiony z dwóch perspektyw: jako kochający mąż i ojciec, i jako bezlitosna maszyna do zabijania. Ten dualizm wypada bardzo ciekawie, szczególnie dzięki grze aktorskiej Jona Bernthala, który jest twardym sukinsynem kiedy trzeba, ale jednocześnie ma coś ciepłego w oczach, co cały czas przypomina widzom o jego łagodniejszej stronie. W ogóle Jon Bernthal jest bardzo dobrym aktorem i perfekcyjnym Frankiem Castle, Netflix odwalił kawał dobrej roboty z tym castingiem.

Na Franku jednak serial się nie kończy, bo towarzyszy mu bardzo mocny drugi plan. W spisek, wokół którego kręci się cała fabuła, zamieszani są jeszcze David Lieberman, były pracownik NSA, uważany za martwego i ukrywający się pod pseudonimem „Micro”, oraz agentka Homeland Security Dinah Madani. Znajomość Davida i Franka zaczyna się od skrajnej nieufności z obu stron, ale z biegiem kolejnych odcinków przeradza się w przeuroczą męską przyjaźń. Obserwowanie rozwoju tej relacji jest bardzo przyjemne i satysfakcjonujące, prawdziwy przyjaciel to dokładnie to, czego Frank potrzebował. Z kolei agentka Madani nie wchodzi w większe interakcje z Frankiem aż do późniejszych odcinków serialu, za to w DHS ma przesympatycznego partnera, Sama Steina, i tę dwójkę również bardzo miło się ogląda. Madani pełni również rolę dywersyfikowania obsady, bo jest niebiałą kobietą na wysokim stanowisku. Serial ma plusik za lewacką propagandę. Jeszcze bardziej polityczne znaczenie ma postać Lewisa, młodego weterana, który po misji Wietnamie zmaga się z PTSD, ale o nim za chwilę. Punisher ma również bardzo dobrego villaina, o wiele lepszego niż całe Hand i Diamondback razem wzięci. Więcej o nim nie powiem, bo spoiler, ale naprawdę jest bardzo spoko.

Przed seansem miałem sporo obaw co do długości serialu, bo do tej pory, oprócz pierwszego sezonu Daredevila, wszystkie Marvelowe seriale Netflixa były zbyt długie i na siłę przeciągane, a z jakiegoś powodu Punisher pozostał przy formacie trzynastu odcinków. Okazało się jednak, że pod tym względem Punisher jest lepszy nawet od uwielbianej przez fanów Jessici Jones i w pełni wykorzystuje te trzynaście odcinków. Przede wszystkim fabuła Punishera, choć banalna, została umiejętnie rozpisana na te trzynaście odcinków i rozwija się naturalnie; nie ma w niej tak sztucznie rozciągających historię zabiegów, jak kolejne ucieczki Kilgrave'a w Jessice Jones, czy wprowadzenie kolejnego antagonisty w Luke'u Cage'u. Nie ma w nim też postaci, które zostały wprowadzone tylko po to, aby odegrać jakąś rolę w którymś kolejnym sezonie innego serialu, jak Nuke z Jessici Jones. Wszystkie wątki zostały również doprowadzone do końca, Punisher jest kompletną historią z satysfakcjonującym zakończeniem, a nie, jak Iron Fist i drugi sezon Daredevila, prologiem do kolejnego serialu. Można się kłócić, na ile serialowi potrzebna była postać Lewisa, którego wątek nie ma większego wpływu na główną fabułę, ale moim zdaniem jego obecność jak najbardziej jest uzasadniona, bo powoduje pewną dyskusję.

w tym akapicie będą trochę spoilery

Porozmawiajmy o polityce. Nie da się ukryć, że tylko po to istnieje Lewis. Otóż Lewis tak bardzo nie radzi sobie z PTSD, że w pewnym momencie staje się terrorystą i aby osiągnąć swoje cele podkłada bomby w miejscach publicznych, jednocześnie cały czas wierząc, że postępuje słusznie i sprawiedliwie. Nawet inni bohaterowie serialu wprost porównują Lewisa do Franka, który przecież też postanowił wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Pojawiają się też głosy usprawiedliwiające, bo przecież Frank nie zabija niewinnych. Kwestia moralności postępowania superbohaterów jest przez takie historie wałkowana często, ale w przypadku Punishera, którego metody są dość radykalne, wydaje się szczególnie istotna i ciekawa, więc dobrze, że serial tak mocno zwraca na to uwagę. Pojawia się też w Punisherze kwestia dostępności broni palnej, i tutaj serial rozpoczyna dyskusję, ale unika zajęcia w niej pozycji. Na początku poznajemy postać O'Connora, rzekomego weterana z Wietnamu, który ma skrajnie prawicowe poglądy, sprowadzające się do „guns = freedom”. Później ta postawa zostaje przez serial wyśmiana, a O'Connor okazuje się kłamcą, który nigdy nie był w Wietnamie. No i dobrze, krytyka prawaczków zawsze jest spoko. Jednak następnie w serialu pojawia się postać senatora o lewicowych poglądach, który chciał ograniczyć dostęp do broni i mówił na ten temat całkiem mądre rzeczy, ale okazało się, że jest tchórzem, który poświęciłby życie niewinnej kobiety aby uratować własne, a później jeszcze okłamał policję, aby na tchórza nie wyjść. Bardzo widać, że poprzez krytykowanie obu postaw twórcy chcieli dogodzić wszystkim widzom, ale wolałbym jednak, żeby pokazali również własne zdanie.

koniec spoilerów

Punisher jest też serialem bardzo dobrym technicznie. Po tej fatalnie pociętej żenadzie z poprzednich seriali, serwowanej widzom za każdym razem, gdy na ekranie pojawiali się źli ninja, miło w końcu obejrzeć ładnie nakręcone i dobrze zmontowane sceny akcji. Jeśli komuś nie przeszkadza duża ilość krwi, bo Punisher jest zdecydowanie najbrutalniejszym serialem Marvela, i to brutalnym w ten nieprzyjemny, naturalistyczny sposób. Co jest dobre, bo buduje klimat serialu i pokazuje, że Frank nie bawi się w litość. Bardzo dobrej stronie wizualnej towarzyszy również świetna muzyka. Zarówno score skomponowany przez Tylera Batesa jak i licencjonowane utwory są fantastyczne i idealnie pasują do serialu. Muzycznie zdecydowanie Punisher jest na poziomie Luke'a Cage'a (w którym muzyka była najlepszym elementem), choć to zupełnie inne klimaty.

Może Punisher powoli się rozkręca, ale jak już chwyci za gardło, to nie puszcza do samego końca. Okazuje się, że Netflix potrafi jeszcze zrobić coś porządnie, jeśli tylko trzyma się z dala od mistyczno-magicznych wątków. Mam nadzieję, że w kolejnych serialach ten poziom się utrzyma, no i oczywiście nie umiem się doczekać drugiego sezonu Punishera.