czwartek, 30 listopada 2017

Ukarator dostarczył


Po serialu The Punisher nie spodziewałem się absolutnie niczego. Co prawda Frank Castle był najlepszym elementem drugiego sezonu Daredevila, ale kolejne Marvelowe seriale Netflixa były coraz gorsze, czego zwieńczeniem było okropne Defenders, więc zacząłem wątpić, że Netflix jest jeszcze w stanie wyprodukować dobry serial superbohaterski. Punisher jednak udowodnił mi, że się mylę, i okazał się serialem bardzo dobrym. Więcej nawet, najlepszym serialem Marvela od czasów pierwszego sezonu Daredevila.

Na pierwszy rzut oka fabuła Punishera wydaje się najbardziej banalną i sztampową historią, jaką można napisać używając tej postaci. Po wykończeniu wszystkich członków mafii, którzy brali udział w morderstwie jego rodziny, Frank odkrywa spisek wojskowy związany z jego mroczną przeszłością. I faktycznie jest to banalna historia, a jej jedyny twist znany jest czytelnikom komiksów od ponad czterdziestu lat, ale jest też bardzo dobrze wykonana. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w wyżej wspomnianym pierwszym sezonie Daredevila, który też przecież operował schematami, ale doprowadzał je do perfekcji. Te seriale nie starają się powiedzieć widzom czegoś nowego o danym bohaterze, tylko pokazać im na ekranie jego esencję, i to wychodzi im po prostu świetnie.

Skoro już mowa o bohaterach to trzeba powiedzieć, że to właśnie oni są najmocniejszym punktem tego serialu. Sam Frank został przedstawiony z dwóch perspektyw: jako kochający mąż i ojciec, i jako bezlitosna maszyna do zabijania. Ten dualizm wypada bardzo ciekawie, szczególnie dzięki grze aktorskiej Jona Bernthala, który jest twardym sukinsynem kiedy trzeba, ale jednocześnie ma coś ciepłego w oczach, co cały czas przypomina widzom o jego łagodniejszej stronie. W ogóle Jon Bernthal jest bardzo dobrym aktorem i perfekcyjnym Frankiem Castle, Netflix odwalił kawał dobrej roboty z tym castingiem.

Na Franku jednak serial się nie kończy, bo towarzyszy mu bardzo mocny drugi plan. W spisek, wokół którego kręci się cała fabuła, zamieszani są jeszcze David Lieberman, były pracownik NSA, uważany za martwego i ukrywający się pod pseudonimem „Micro”, oraz agentka Homeland Security Dinah Madani. Znajomość Davida i Franka zaczyna się od skrajnej nieufności z obu stron, ale z biegiem kolejnych odcinków przeradza się w przeuroczą męską przyjaźń. Obserwowanie rozwoju tej relacji jest bardzo przyjemne i satysfakcjonujące, prawdziwy przyjaciel to dokładnie to, czego Frank potrzebował. Z kolei agentka Madani nie wchodzi w większe interakcje z Frankiem aż do późniejszych odcinków serialu, za to w DHS ma przesympatycznego partnera, Sama Steina, i tę dwójkę również bardzo miło się ogląda. Madani pełni również rolę dywersyfikowania obsady, bo jest niebiałą kobietą na wysokim stanowisku. Serial ma plusik za lewacką propagandę. Jeszcze bardziej polityczne znaczenie ma postać Lewisa, młodego weterana, który po misji Wietnamie zmaga się z PTSD, ale o nim za chwilę. Punisher ma również bardzo dobrego villaina, o wiele lepszego niż całe Hand i Diamondback razem wzięci. Więcej o nim nie powiem, bo spoiler, ale naprawdę jest bardzo spoko.

Przed seansem miałem sporo obaw co do długości serialu, bo do tej pory, oprócz pierwszego sezonu Daredevila, wszystkie Marvelowe seriale Netflixa były zbyt długie i na siłę przeciągane, a z jakiegoś powodu Punisher pozostał przy formacie trzynastu odcinków. Okazało się jednak, że pod tym względem Punisher jest lepszy nawet od uwielbianej przez fanów Jessici Jones i w pełni wykorzystuje te trzynaście odcinków. Przede wszystkim fabuła Punishera, choć banalna, została umiejętnie rozpisana na te trzynaście odcinków i rozwija się naturalnie; nie ma w niej tak sztucznie rozciągających historię zabiegów, jak kolejne ucieczki Kilgrave'a w Jessice Jones, czy wprowadzenie kolejnego antagonisty w Luke'u Cage'u. Nie ma w nim też postaci, które zostały wprowadzone tylko po to, aby odegrać jakąś rolę w którymś kolejnym sezonie innego serialu, jak Nuke z Jessici Jones. Wszystkie wątki zostały również doprowadzone do końca, Punisher jest kompletną historią z satysfakcjonującym zakończeniem, a nie, jak Iron Fist i drugi sezon Daredevila, prologiem do kolejnego serialu. Można się kłócić, na ile serialowi potrzebna była postać Lewisa, którego wątek nie ma większego wpływu na główną fabułę, ale moim zdaniem jego obecność jak najbardziej jest uzasadniona, bo powoduje pewną dyskusję.

w tym akapicie będą trochę spoilery

Porozmawiajmy o polityce. Nie da się ukryć, że tylko po to istnieje Lewis. Otóż Lewis tak bardzo nie radzi sobie z PTSD, że w pewnym momencie staje się terrorystą i aby osiągnąć swoje cele podkłada bomby w miejscach publicznych, jednocześnie cały czas wierząc, że postępuje słusznie i sprawiedliwie. Nawet inni bohaterowie serialu wprost porównują Lewisa do Franka, który przecież też postanowił wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Pojawiają się też głosy usprawiedliwiające, bo przecież Frank nie zabija niewinnych. Kwestia moralności postępowania superbohaterów jest przez takie historie wałkowana często, ale w przypadku Punishera, którego metody są dość radykalne, wydaje się szczególnie istotna i ciekawa, więc dobrze, że serial tak mocno zwraca na to uwagę. Pojawia się też w Punisherze kwestia dostępności broni palnej, i tutaj serial rozpoczyna dyskusję, ale unika zajęcia w niej pozycji. Na początku poznajemy postać O'Connora, rzekomego weterana z Wietnamu, który ma skrajnie prawicowe poglądy, sprowadzające się do „guns = freedom”. Później ta postawa zostaje przez serial wyśmiana, a O'Connor okazuje się kłamcą, który nigdy nie był w Wietnamie. No i dobrze, krytyka prawaczków zawsze jest spoko. Jednak następnie w serialu pojawia się postać senatora o lewicowych poglądach, który chciał ograniczyć dostęp do broni i mówił na ten temat całkiem mądre rzeczy, ale okazało się, że jest tchórzem, który poświęciłby życie niewinnej kobiety aby uratować własne, a później jeszcze okłamał policję, aby na tchórza nie wyjść. Bardzo widać, że poprzez krytykowanie obu postaw twórcy chcieli dogodzić wszystkim widzom, ale wolałbym jednak, żeby pokazali również własne zdanie.

koniec spoilerów

Punisher jest też serialem bardzo dobrym technicznie. Po tej fatalnie pociętej żenadzie z poprzednich seriali, serwowanej widzom za każdym razem, gdy na ekranie pojawiali się źli ninja, miło w końcu obejrzeć ładnie nakręcone i dobrze zmontowane sceny akcji. Jeśli komuś nie przeszkadza duża ilość krwi, bo Punisher jest zdecydowanie najbrutalniejszym serialem Marvela, i to brutalnym w ten nieprzyjemny, naturalistyczny sposób. Co jest dobre, bo buduje klimat serialu i pokazuje, że Frank nie bawi się w litość. Bardzo dobrej stronie wizualnej towarzyszy również świetna muzyka. Zarówno score skomponowany przez Tylera Batesa jak i licencjonowane utwory są fantastyczne i idealnie pasują do serialu. Muzycznie zdecydowanie Punisher jest na poziomie Luke'a Cage'a (w którym muzyka była najlepszym elementem), choć to zupełnie inne klimaty.

Może Punisher powoli się rozkręca, ale jak już chwyci za gardło, to nie puszcza do samego końca. Okazuje się, że Netflix potrafi jeszcze zrobić coś porządnie, jeśli tylko trzyma się z dala od mistyczno-magicznych wątków. Mam nadzieję, że w kolejnych serialach ten poziom się utrzyma, no i oczywiście nie umiem się doczekać drugiego sezonu Punishera.

środa, 22 listopada 2017

Bungou Stray Dogs


Bungou Stray Dogs – Bezpańscy Literaci pisane przez Kafkę Asagiri i rysowane przed Sango Harukawę to manga, która miała ogromny potencjał. Asagiri oparł swoje postaci na klasycznych pisarzach, zrobił z nich młodych ludzi z supermocami i kazał im się bić. Przecież to genialne. Niestety, jest to doskonały przykład mangi, na którą twórcy mieli świetny pomysł, ale nie za bardzo wiedzieli co z nim dalej zrobić, po drodze popełnili mnóstwo błędów i ostatecznie stworzyli dzieło mierne. A szkoda, bo pomysł był naprawdę dobry.

Osadzona w Jokohamie fabuła serii opiera się na przepychankach trzech frakcji: Zbrojnej Agencji Detektywistycznej, Mafii Portowej, i Gildii. Zbrojna Agencja Detektywistyczna to „ci dobrzy”, i to właśnie do nich należy główny bohater serii, Atsushi Nakajima, zaś Mafia Portowa to „ci źli”, i wśród nich najważniejszy dla fabuły wydaje się Ryuunosuke Akutagawa. W jednej i drugiej grupie jest wielu bohaterów, ale przyznam się, że jestem absolutnym laikiem jeśli chodzi o literaturę japońską - czytałem tylko jedną książkę Murakamiego, który się w tej mandze nie pojawia - i żadnego z tych nazwisk nie kojarzyłem wcześniej. Na szczęście w tomie trzecim na scenę wkracza trzeci gracz, kolejna grupa antagonistów nazywająca siebie Gildią i składająca się z pisarzy zachodnich, a wśród nich Francis Scott Fitzgerald, Howard Philips Lovecraft, Lucy Maud Montgomery, Agata Christie, Dostojewski, Steinbeck, i wielu innych. Kreacje wszystkich tych postaci są - zakładam, że luźno - oparte na charakterach faktycznych pisarzy, a ich supermoce, nazywane tutaj „zdolnościami”, inspirowane ich twórczością, i to jest super. Odkrywanie tutejszych wersji znanych mi pisarzy było chyba najfajniejszym aspektem tej mangi, a dzięki postaciom japońskich literatów, wspomaganym przez posłowia od tłumaczki, dowiedziałem się czegoś więcej o literaturze Kraju Kwitnącej Wiśni, a nowa wiedza to zawsze wartość dodana.

Wszystko to jednak okazuje się niewiele warte, bo sama manga jest słaba. Już na samym poziomie koncepcyjnym dzieją się złe rzeczy, bo zdolności bohaterów są przeróżne: od ciekawych, przez widowiskowe, po totalnie beznadziejne. Dla przykładu: Akiko Yosano, lekarka Zbrojnej Agencji Detektywistycznej, potrafi całkowicie wyleczyć śmiertelne rany, więc jej kuracja wiąże się z pogłębianiem ran nie śmiertelnych, co jest spoko. Atsushi, główny bohater, zmienia się w tygrysa, co wygląda bardzo cool. Jest też koleś, który jest niewrażliwy na obrażenia zadawane przez bomby w kształcie cytryn, więc do walki wykorzystuje bomby w kształcie cytryn, które konstruuje sobie sam. Takich głupot jest tu więcej, a każda bardziej absurdalna od poprzedniej.

Fabuła serii jest pretekstowa i nieumiejętnie poprowadzona. Wydarzenia dzieją się okropnie wolno, a kolejne rozdziały albo popychają główny wątek do przodu, albo wprowadzają nową postać, ale zrobienie obu tych rzeczy naraz widocznie było dla Kafki Asagiri zbyt skomplikowane, co skutkuje dużą ilością rozdziałów o niczym. Cała historia sprowadza się do tego, że jest sobie Agencja, która robi właściwie nie wiadomo co, i nie lubi się z Mafią, więc się trochę biją. Później dołącza Gildia, która nie lubi się z nikim, więc biją się ze wszystkimi. Tak naprawdę scenariusz służy tutaj tylko jako usprawiedliwienie kolejnych walk, i nawet by mi to nie przeszkadzało, gdyby te walki były dobre. Trudno jest jednak śledzić sekwencję walki, gdy nie wiadomo co się dzieje. W scenach akcji panuje chaos, zarówno w scenariuszu jak i w narracji, czego mandze na akcji skupionej wybaczyć nie można.

Jakby tego było mało, twórcy popełniają najgorszy błąd, jaki można zrobić pisząc fantasy. Najpierw ustalają zasady działania swojego świata, a później bezceremonialnie je łamią. Konkretnie chodzi mi o zdolność Atsushiego, o którym na początku jest wyraźnie powiedziane, że podczas pełni księżyca zmienia się w tygrysa. Później jednak, bez żadnego wytłumaczenia, przemiana zachodzi wedle woli bohatera i nawet nie musi być całkowita, bo najczęściej Atsushi zmienia na tygrysie tylko swoje ręce i nogi. To tak, jakby Superman nagle stwierdził, że kryptonit jest całkiem ok i nie wie czemu wcześniej mu przeszkadzał. Tak się po prostu nie robi, bo przez to czytelnik nie może zaufać kolejnym elementom świata przedstawionego.

Bungou Stray Dogs popełnia również wiele grzechów, za które wielu ludzi nie znosi mangi i anime w ogóle, a najgorszym z nich jest seksualizacja małych dziewczynek. Jest to okropny, ale bynajmniej nie jedyny chory fetysz występujący w tej mandze. Wśród głównych bohaterów pozytywnych jest rodzeństwo tworzące kazirodczy związek, o którym wszystkie inne postaci wiedzą i żadna nie ma z tym problemu, a nawet jest to rozgrywane jako żart. Takie wątki, ukazywane w taki sposób, nie powinny uchodzić za coś normalnego, a w tej mandze ukazywane są jako jak najbardziej zgodne z normą. Bardzo „mangowe”, w pejoratywnym tego określenia znaczeniu, są też projekty postaci i ich wiek. Oczywiście wszyscy muszą być bardzo atrakcyjni, co zostało tu doprowadzone do absurdu, oraz bardzo młodzi. Do tego stopnia, że w pewnym momencie dwudziestodwuletni Osamu Dazai dowiaduje się, że się zestarzał i jego umiejętności bojowe nie są już takie, jak dawniej. To kiedy był u szczytu sił, w podstawówce? Problemem może być również fakt, że wszyscy bohaterowie pozytywni to japońscy pisarze, a wszyscy pisarze niejapońscy są przedstawiani jako czarne charaktery, co można dość nieładnie zinterpretować i chyba lepiej w ogóle się nad tym nie zastanawiać.

Przynajmniej rysunki potrafią być okej. Nie zawsze, bo, jak już pisałem, sceny akcji są strasznie chaotyczne, a przez wymuszoną atrakcyjność wszystkich bohaterów character design jest nudny, ale ogólnie kreska Sango Harukawy jest całkiem miła dla oka, a w scenach, w których nic się nie dzieje, artysta radzi sobie z narracją o wiele lepiej niż w scenach akcji. Jednak Harukawa naprawdę rozwija skrzydła, gdy przychodzi mu rysować nieludzkie istoty. Zdolności niektórych bohaterów wiążą się z kontrolowaniem demonów lub innych potworów, i te wyglądają wręcz fenomenalnie. Może nie wszystkie projekty tych stworów są funkcjonalne i zdarzają się w nich zbędne elementy, ale wszystkie robią wrażenie wizualnie i przyjemnie się na nie patrzy.

Standardowy dla Waneko format i obwoluta sprawiają, że polska edycja Bungou Stray Dogs wygląda po prostu jak kolejna, dobrze wydana manga tego wydawnictwa. Do tego na końcu każdego tomu znajduje się bardzo fajny dodatek w postaci posłowia od tłumaczki, w którym pani Karolina Dwornik wyjaśnia kim naprawdę byli występujący w tomie japońscy pisarze i opowiada o ich dziełach, na których oparte są pojawiające się w mandze supermoce. Jednakże w samej treści mangi pojawiają się nieprzyjemne mankamenty. Przede wszystkim liternictwo jest okropne. Teksty w dymkach często znajdują się blisko krawędzi, zostawiając po drugiej stronie mnóstwo pustej przestrzeni. Wygląda to paskudnie, nieprofesjonalnie, i jakby było robione w pośpiechu, i aż dziwne, że Waneko pozwoliło sobie wypuścić na rynek tak niedopracowany produkt. Mam też pewne zastrzeżenie do tłumaczenia. Dialogi większości postaci brzmią poprawnie, ale jeden z antagonistów mangi posługuje się językiem stylizowanym, a w polskiej edycji ta stylizacja polega na wrzucaniu do zdań odmienionej formy czasownika „być” gdzieś w okolicy orzeczenia, oraz okazyjnym używaniu archaicznych form zaimków osobowych. Strasznie słabo to brzmi, a mówiąca w ten sposób postać wychodzi na dupka (może to i lepiej, bo bez tego ta postać jest w ogóle pozbawiona charakteru).

Bungou Stray Dogs opiera się na świetnym pomyśle, ale nie ma to większego znaczenia, bo jego wartość zgubiła się gdzieś pomiędzy słabym scenariuszem, nierównymi rysunkami, i lichym wydaniem. Osoby bardzo zainteresowane japońską literaturą mogą od biedy sprawdzić, ale czytelnicy mający ochotę na dobrą mangę akcji nie mają tu czego szukać. 

  
Recenzja na podstawie pierwszych pięciu tomów serii. Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Książę Mononoke


Nie każda manga musi być wiekopomnym dziełem mającym wpływ na przyszłych twórców. Pomiędzy takimi pozycjami warto poczytać coś lekkiego, łatwego i przyjemnego, a w roli takiego czytadła idealnie sprawdza się Posępny Mononokean Kiri Wazawy, seria czerpiąca garściami z japońskiego folkloru.

Piętnastoletni Hanae Ashiya został opętany przez demona, przez co nie mógł normalnie uczęszczać na lekcje w liceum. Zdesperowany poprosił o pomoc egzorcystę, Mistrza Mononokeanu, Haruitsukiego Abeno, który zgodził się rozwiązać jego demoniczny problem, ale za wysoką cenę. Ashiya nie miał takich pieniędzy, więc od tamtej pory pracuje dla Abeno aby odpracować dług. Szybko okazuje się, że Ashiya i Abeno są w tym samym wieku i nawet chodzą do tej samej klasy. Powiedziałbym, że w ten sposób zaczyna się fabuła Posępnego Mononokeanu, ale tak na dobrą sprawę ta manga nie ma fabuły. Chłopcy po prostu przeżywają różne przygody w ramach pracy egzorcystów, ale, poza spłatą długu, nie łączą się one w jakiś główny wątek i zamiast wynikać jedna z drugiej po prostu następują po sobie. Co prawda Abeno ma jakąś tajemniczą, mroczną przeszłość, z której rzekomo wynika jego tytułowa posępność, ale ten wątek pojawia się rzadko i, przynajmniej w pierwszych czterech tomach, nie ma wpływu na wydarzenia z teraźniejszości. Zresztą, pomimo tytułu, mrok w ogóle nie jest domeną Posępnego Mononokeanu, bo jest to manga bardzo lekkostrawna i feelgoodowa, i właśnie w tym tkwi jej siła. Przygody chłopców są ciekawe, ale pozbawione poważnych zagrożeń, co czyni lekturę odstresowującą i niezwykle przyjemną. Taki mangowy odpowiednik wizyty w spa.

Zdecydowanie najciekawszym elementem Posępnego Mononokeanu jest świat przedstawiony. Egzystujące obok siebie świat ludzi i zaświaty, z których pochodzą demony, przypominają Spirited Away studia Ghibli i The Boy and the Beast studia Chizu. Zaświaty są niemal identyczne jak świat bestii z filmu Hosody, a rysowane przez Wazawę demony bez problemu odnalazłyby się w dziele Miyazakiego. W ogóle demony z tej mandze są super, zarówno wizualnie jak i fabularnie, więc wielbiciele japońskiego folkloru znajdą tu dużo dobrego. Oczywiście jest tu obowiązkowy lisi demon, ale znajdą się też stwory o wiele ciekawsze, jak np. demon, którego twarz nie jest zdolna do wyrażania emocji, więc w tym celu zakłada maski przedstawiające różne grymasy. Poznawanie kolejnych takich stworów daje mnóstwo zabawy i samo to powinno być wystarczającym powodem do czytania tej mangi.

Jednak z pewnością nie jedynym, bo również strona wizualna Posępnego Mononokeanu jest świetna. Rysunki Kiri Wazawy są prześliczne i bardzo wyraziste, do tego trochę ostre i kanciaste, co dodaje im charakteru i trochę kojarzy się z wczesną kreską Tite Kubo. Taki styl może się również kojarzyć z komiksami internetowymi i nie bez powodu, bo w Japonii kolejne rozdziały Posępnego Mononokeanu publikowane są w magazynie internetowym Gangan Online. Bardzo podoba mi się również narracja. Niespieszna, pozwalająca wybrzmieć poszczególnym scenom. Może nie ma w niej fajerwerków i niesamowicie oryginalnych sekwencji, ale widać, że autorka wie jak opowiadać swoją historię w formie komiksu, więc bardzo dobrze się to czyta. Na plus są również kolorowe obwoluty i kolorowe ilustracje pojawiające się na początku każdego tomiku, które są po prostu przepiękne i aż chciałoby się, żeby cała manga była w kolorze.

Niestety, w beczce miodu musi być łyżka dziegciu. Otóż Posępny Mononokean rzekomo jest komedią, ale nie jest zbyt zabawny. Ma kilka niezłych żartów i można się uśmiechnąć podczas lektury, ale do poziomu humoru One-Punch Mana czy Kulinarnych Pojedynków zdecydowanie tej mandze daleko, i raczej nie polecałbym jej ze względu na walory komediowe.

W Polsce Posępny Mononokean wydało wydawnictwo Waneko, i odwaliło kawał dobrej roboty, więc nie mam się do czego przyczepić. Tomiki mają standardowy dla Waneko format, a w treści nie rzuciły mi się w oczy żadne literówki ani błędy, i nawet tłumaczenie brzmi naturalnie i nie straszy pseudomłodzieżowym językiem. Do tego w każdym tomiku na początku znajduje się kolorowa ilustracja, a na końcu posłowie od autorki.

Posępny Mononokean nie jest pozycją obowiązkową i nic nie stracicie nie czytając go. Jest jednak serią niezwykle przyjemną i niemal pozbawioną wad, co czyni go idealną lekturą podczas leniwego popołudnia lub podróży komunikacją miejską. Polecam dać mu szansę w przerwie od czytania ciekawszych komiksów, bo to naprawdę świetne czytadło. 


Recenzja na podstawie pierwszych czterech tomów serii. Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko.

środa, 8 listopada 2017

Pomarańczowe dramaty


Nie znam się na mangach typu shoujo. Do tej pory nie czytałem żadnej, więc do omawianego dzisiaj Orange autorstwa Ichigo Takano podchodzę z pozycji laika. Może dlatego podchodzę do tej pozycji mniej entuzjastycznie niż większość czytelników. W internecie dominują skrajnie pozytywne opinie o Orange, a moja również będzie pozytywna, ale umiarkowanie. Manga jest po prostu okej.

spoiler warning

Bohaterami mangi jest sześcioro dość stereotypowych licealistów. Pierwsze skrzypce gra nieśmiała Naho, a jej przyjaciele to sportowiec Suwa, nerd Hagita, wesoła Azu, i chłopięca Takako. Do tej piątki pierwszego dnia drugiej klasy dołącza Kakeru i to wokół niego kręci się fabuła. Otóż pierwszego dnia szkoły Naho otrzymuje list od siebie samej z oddalonej o dziesięć lat przyszłości, mówiący, że Kakeru zginie, i podpowiadający jak temu zapobiec. Oczywiście Naho zakochuje się w Kakeru, z wzajemnością. W Naho zakochany jest również Suwa, a czytelnik wie, że w przyszłości, w której Kakeru nie żyje, Naho i Suwa są małżeństwem. Właśnie ten trójkąt miłosny stanowi tutaj pierwszy plan, spychając trochę na plan dalszy pozostałą trójkę. Dzięki temu nie jest problemem, że Hagita, Azu, i Takako to jednowymiarowe, chodzące stereotypy, bo jako tło sprawdzają się nieźle. Niestety Naho, bohaterka, z perspektywy której obserwujemy historię, zawodzi, bo jest równie jednowymiarowa co tamta trójka, ma dwie cechy charakteru na krzyż, i jest po prostu nieciekawa. Zdecydowanie najciekawszymi bohaterami Orange są Kakeru i Suwa. Kakeru, bo to jego historia i on, dzięki pomocy przyjaciół, przechodzi największą przemianę, a Suwa, bo jest przesympatyczny i dowiadujemy się o nim trochę więcej, gdyż został mu poświęcony cały dodatkowy tomik (za chwilę o tym, czemu ten tomik był niepotrzebny, ale nie uprzedzajmy faktów).

Fabuła serii polega na ratowaniu Kakeru od, jak się z czasem okazuje, samobójstwa. Aby odwieść go od tego pomysłu przyjaciele muszą „uratować jego serce”. Yup, jest dość ckliwie, ale mimo tego całkiem strawnie. Bohaterowie, pomimo operowania stereotypami, są przekonującymi nastolatkami z przekonującymi problemami, a w fabule wyraźnie widać konsekwencje ich decyzji, dzięki czemu nieźle się to czyta. Co prawda Naho jest strasznie irytująca i gdyby nie jej niezdecydowanie fabuła mogłaby się zamknąć w dwóch tomach zamiast pięciu, ale to jej niezdecydowanie jest wpisane w jej charakter i trzeba to jakoś przełknąć. Pomimo tego fabuła jest okej. Prawdziwym problemem są sceny ukazujące przyszłość. Oprócz ratowania Kakeru czytelnik obserwuje też całą grupę przyjaciół w przyszłości, w której Kakeru już nie ma, i ten wątek jest kompletnie po nic. A właściwie służy dwóm celom, ale oba są w tej mandze kompletnie niepotrzebne. Pierwszy, to ukazanie żalu jaki wszyscy czują po śmierci Kakeru. Dokładnie to samo mówi list Naho i, czego dowiadujemy się później, listy, które dostali od siebie pozostali bohaterowie. Drugi, to pokazanie sposobu, w jaki przyjaciele wysłali listy do siebie z przeszłości, który jest tak bezdennie idiotyczny, że o wiele lepiej byłoby zostawić ten motyw podróży w czasie niedopowiedzianym. Skoro już i tak spoileruję, to wam powiem co to było. Otóż bohaterowie wsadzili listy do słoja, słój wrzucili do oceanu, w jakiś sposób dopłynął on do Trójkąta Bermudzkiego, w którym podobno jest czarna dziura, i poprzez wpadnięcie do czarnej dziury przeniósł się w przeszłość o dziesięć lat. A w przeszłości ktoś jeszcze musiał znaleźć te listy i do nich wysłać. Tak, to się wydarzyło. Główny wątek jest całkiem przyjemny, ale mandze naprawdę wyszłoby na zdrowie wycięcie całej tej przyszłości. Również ostatni, dodatkowy tom można by wywalić. Cały tomik jest poświęcony Suwie, i może trochę rozwija tę postać, ale nie wnosi nic do głównej fabuły, nie służy nawet jako epilog i jest po prostu kolejnym kawałkiem tej niedobrej przyszłości, w której Kakeru umarł. Nie widzę sensu rozbudowywania tej linii czasowej, podczas gdy cała seria skupia się na stworzeniu lepszej przyszłości. Historia ratowania Kakeru jest okej, ale spokojnie można by wyciąć z mangi wszystkie dłużyzny i skrócić ją o dwa, może nawet trzy tomy.

Niemniej jednak to właśnie fabuła jest tą mocniejszą stroną Orange, bo szata graficzna jest przeciętna, w porywach do taka sobie. Stylistycznie rysunki Ichigo Takano to sto procent mangi w mandze. Wyobraźcie sobie „mangowy” rysunek. Tak właśnie wygląda ta seria. Do tego zdarza się, że rysunki są trochę brzydkie. Nie jakoś bardzo, ale tak trochę, takie 4+/10. Narracja również nie robi wrażenia. Jest poprawna, ale nic ponadto. Za to muszę pochwalić prześliczne ilustracje na obwolutach, stworzone za pomocą kolorowego atramentu i akrylowego gwaszu, które wyglądają po prostu fenomenalnie.

Za polskie wydanie Orange odpowiedzialne jest wydawnictwo Waneko, i jest to wydanie odpowiadające treści mangi. Poprawne. Format to Wanekowy standard, tomiki są, standardowo, w obwolutach, a w treści zdarzają się literówki, jak np. napisanie „Takeru” zamiast „Kakeru”, ale nie są to jakieś wielkie błędy utrudniające lekturę. Ot, kolejna manga od Waneko. W tomikach oprócz Orange są również dodatki. W pierwszych pięciu są pojedyncze rozdziały dodatkowej historyjki zatytułowanej Zakochany Astronauta, będącej bardziej beztroską od Orange shoujo, a we wszystkich tomikach oprócz czwartego znajdują się mniej lub bardziej ciekawe posłowia od autorki w formie komiksowej lub pisanej.

Nie rozumiem, czemu Orange jest tak popularne i dobrze oceniane. To dobry dramat o nastolatkach, ale jest w nim trochę niepotrzebnych wątków, a rysunki mogłyby być lepsze. Polecam tę mangę, szczególnie osobom zainteresowanym tego typu historiami, ale nie spodziewajcie się niczego genialnego. Orange jest po prostu w porządku, tylko tyle i aż tyle. 
 

Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko.

niedziela, 29 października 2017

Do Adolfów


Osamu Tezuka, nazywany bogiem mangi, to twórca wybitny, jeden z największych geniuszy komiksowych. Jego dzieła powinno się czytać i znać, a gdy zostają wydane w Polsce nie macie już żadnej wymówki, aby tego nie robić. Waneko niedawno wydało u nas Do Adolfów (Adolf ni Tsugu), więc dziś postaram się was przekonać, że jest to pozycja obowiązkowa.

Do Adolfów to rozpisany na wiele lat dramat skoncentrowany na największej tajemnicy Adolfa Hitlera. Historia rozpoczyna się podczas olimpiady w Berlinie w 1936, kiedy dziennikarz Sohei Toge dostaje od brata informację, że ten posiada dokumenty skrywające sekret mogący zniszczyć Hitlera. Wkrótce potem brat Soheia zostaje zamordowany a wszelkie ślady jego istnienia znikają. W tym samym czasie w Kobe w Japonii poznajemy dwóch małych chłopców, niemca Adolfa Kaufmanna i żyda niemieckiego pochodzenia Adolfa Kamila, którzy są najlepszymi przyjaciółmi. Z czasem Adolfowie również zostają uwikłani w intrygę mającą związek z tajemniczymi dokumentami. Zresztą nie tylko oni, bo oprócz Soheia i Adolfów w Do Adolfów występuje bogata galeria charakterystycznych postaci drugoplanowych, w tym jednoznacznie złe, jak sam Hitler czy występujący w kilku mangach Tezuki Acetylene Lamp, tutaj pracownik tajnych służ i szef dalekowshodniej sekcji agencji wywiadowczej. Nie ma jednak w tej mandze postaci jednoznacznie dobrych i nawet główni bohaterowie dopuszczają się strasznych czynów, którymi raczej nie zaskarbią sobie sympatii czytelników.

W parze z mnogością bohaterów idzie duża ilość wątków. Manga skupia się na poszukiwaniu przez jednych i ukrywaniu przez innych bohaterów cennych dokumentów zawierających sekret Hitlera, ale obserwujemy w niej również dorastanie Adolfa Kaufmanna, któremu wpajana jest nazistowska ideologia, czy rozterki Adolfa Kamila, który będąc żydem niemieckiego pochodzenia urodzonym w Japonii musi określić swoją tożsamość. Do tego wiele postaci pobocznych ma własne, bardzo rozbudowane historie. Próżno jednak w tym gąszczu wątków szukać dobrych zakończeń. Do Adolfów to iście szekspirowska tragedia, której akcja osadzona jest w ciekawym, lecz okropnym okresie historycznym, więc pojawiają się w niej morderstwa, tortury, gwałty, i inne potworności, które podczas wojny są na porządku dziennym. Dla polskich czytelników szczególnie ciekawe może być spojrzenie na tę wojnę ze świeżej, japońskiej perspektywy. Między wszystkie te poważne motywy autorowi udało się jednak wpleść odrobinę nienachalnego, bardzo dobrego humoru, który troszkę łagodzi historię i pozwala czytelnikowi odetchnąć.

Łagodzące odbiór mangi są również rysunki, które bardzo poważne wydarzenia przedstawiają w cartoonowej stylistyce. Kresce Tezuki daleko do realizmu i jego postaci są bardzo ekspresyjne, dzięki czemu, pomimo ciężaru wydarzeń, mangę czyta się jednym tchem. Nie ma to jednak negatywnego wpływu na odbiór, pomimo nierealistycznego stylu poszczególne sceny wywołują w czytelniku dokładnie takie emocje, jakie powinny, i nic nie wydaje się ugrzecznione. Skoro już jesteśmy przy rysunkach, to trzeba też wspomnieć o narracji, która również jest świetna. Tezuka bardzo swobodnie czuł się w komiksowym medium, stosował ciekawe układy kadrów i rysował całkiem odważne sceny, jednocześnie ani na moment nie udziwniając komiksu i nie tracąc kontroli nad wzrokiem czytelnika. Do Adolfów to przykład prawdziwej wirtuozerii sztuki sekwencyjnej, i tylko sama osoba narratora troszeczkę tu zgrzyta.

Otóż na samym początku mangi Sohei Toge przedstawia się czytelnikom jako narrator. Po takiej introdukcji spodziewałbym się narracji pierwszoosobowej, jednak później w mandze występuje trzecioosobowy wszystkowiedzący narrator, co skutkuje pewną niespójnością. Nie jest to jakiś wielki problem, ale nie bardzo rozumiem taką decyzję. Troszkę drażniące są również wątki romansowe, bo bohaterowie w typowo mangowy sposób zakochują się w sobie bez pamięci od pierwszego wejrzenia. Pojedynczy taki motyw byłby akceptowalny, ale zdarza się to wielokrotnie, w co już nie jestem w stanie uwierzyć. Na szczęście wszystkie romanse są na trzecim planie, więc nie przeszkadza to bardzo mocno.

Polskie wydanie robi ogromne wrażenie. Waneko wydało Do Adolfów w dwóch ogromnych, ponad sześciusetstronicowych tomiszczach w twardych oprawach. Z początku spodziewałem się, że czytanie nie będzie jakoś szczególnie komfortowe, a jednak okazało się, że te cegiełki są zaskakująco wygodne, a do tego dumnie się prezentują na półce. Mam jednak kilka zastrzeżeń do samej treści. W mandze zdarzają się literówki, wyrazom brakuje pojedynczych liter, tu i ówdzie brakuje znaków interpunkcyjnych, i w co najmniej jednym z licznych przypisów przestawiła się kolejność słów. Również papier może budzić wątpliwości, ale tego akurat będę bronił. Otóż Do Adolfów jest wydrukowane na takim troszkę żółtym papierze, na którym raczej drukuje się książki a nie komiksy, ale dzięki temu cena obu tomów jest dość przystępna, a lepszy papier mógłby ją niepotrzebnie wywindować, więc myślę, że jest to dobry kompromis.

Do Adolfów to wielowątkowa opowieść o wojnie opiewająca pokój, to szczyt maestrii komiksowego medium, must-read dla wszystkich fanów mangi i wielbicieli komiksów w ogóle. Powinny się zainteresować tą mangą również osoby, które na co dzień nie czytają komiksów, tak dobra jest to rzecz.

 Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko.

środa, 4 października 2017

Od heist movie do westernu


W roku 1999 ukazały się aż dwa nowe filmy z serii Od Zmierzchu do Świtu, kolejno Od Zmierzchu do Świtu 2: Krwawa Forsa i Od Zmierzchu do Świtu 3: Córka Kata. Oba były filmami direct-to-video i oba są o wiele gorsze od oryginalnego filmu Rodrigueza, ale, pomimo beznadziejnych ocen od krytyków (9% i 22% na pomidorkach), uważam, że wciąż są warte uwagi. Jednak nie na tyle, żeby poświęcać każdemu osobny wpis, więc powstała notka zbiorcza.

Krwawa Forsa to film, który bardzo próbuje. Fabularnie jest to sequel do części pierwszej, który próbuje być heist movie. Mamy tu głównego bohatera, Bucka (his name is Buck, but he ain't here to fuck #musiałem #przprszm), który zbiera grupę znajomków i z ich pomocą chce napaść na bank. Niestety jest to gówniany heist movie. Plan bohaterów jest żaden, a rola jednego z nich ogranicza się do bycia miernym comic reliefem. Krwawa Forsa próbuje też udawać, że ma dialogi w stylu Tarantino, ale to też jej nie wychodzi, bo żaden ze scenarzystów nie jest Quentinem Tarantino, przez co scenariusz wypada trochę żałośnie. Oczywiście są tu obecne również wampiry (duh). Przed spotkaniem z resztą grupy jeden z bohaterów zahacza o bar Titty Twister, tam zostaje ugryziony, i do kolegów dołącza już jako krwiopijca, aby po kolei przeciągać ich na swoją stronę. W finale, oczywiście, rozgrywa się wielka bitwa wampirów z Buckiem i oddziałem policji. I jako film o wampirach Krwawa Forsa sprawdza się zaskakująco średnio. A film średni jest dużo lepszy od filmu gównianego, więc zdecydowanie jest to plus. Swoją niegównianość Krwawa Forsa zawdzięcza przede wszystkim pracy kamery, bo próbuje mieć ciekawe ujęcia i jest to najmniej nieudana z podjętych przez ten film prób. Doceniam starania, widać, że ktoś miał ambicję zrobić coś fajnego wizualnie. Udało się połowicznie, ale to zawsze coś. Ogólnie wyszedł oczywiście gniot, ale gniot warty sprawdzenia. No i w pierwszych kilku minutach filmu jest małe cameo Bruce'a Campbella, a jego obecność na ekranie zawsze podnosi jakość filmu.

Córka Kata jest o wiele bardziej bezpieczną produkcją niż Krwawa Forsa. Zamiast próbować zrobić coś ciekawego (btw. oglądałbym porządny heist movie z wampirami) trzecia część trylogii po prostu bierze szkielet części pierwszej i przenosi go na dziki zachód. Może fabuła jest trochę bardziej skomplikowana i ma więcej wątków, ale nie ma to większego znaczenia bo podstawa jest ta sama. Ludzie trafiają do baru, w barze są wampiry, odbywa się wesoła rzeź. Są nawet sceny identyczne jak w pierwszym filmie. Taki niepodejmujący ryzyka rip-off oryginału mimo wszystko ogląda się lepiej niż nieudane próby zrobienia czegoś ciekawego. Nikt nie próbuje tu dorównać filmowi Rodrigueza ani nikt nie ma ambicji zbyt wysokich dla swoich możliwości, dzięki czemu Córka Kata to po prostu całkiem przyjemny horror klasy B o wampirach w westernowych dekoracjach. Miłośnicy tego typu kina nie powinni być zawiedzeni.

Jedyną postacią pojawiającą się we wszystkich trzech filmach jest Razor Charlie, czyli grany przez Danny'ego Trejo barman. Rzuca to nowe światło na pierwszy film, w którym Charlie umierał, a pomimo tego pojawił się w sequelu. Można z tego wywnioskować, że „śmierć” wampira jest tylko tymczasowa, więc wszystko co zrobili bohaterowie pierwszego filmu jest nieważne a gdzieś w tej rzeczywistości wciąż jest wampiryczny Quentin Tarantino. W lepszym świecie dostalibyśmy spin-off poświęcony tej postaci.

Nie wspomniałem nazwisk twórców, bo nie uważam, żeby były w tym przypadku istotne. Największym osiągnięciem reżysera Krwawej Forsy jest zagranie "człowieka na balkonie" w Spider-Manie 2, a scenarzystą Córki Kata jest kuzyn Rodrigueza, i to chyba najpopularniejsze nazwiska z obu ekip. Oczywiście oba te filmy są w najlepszym wypadku mierne, do pięt nawet nie dorastają świetnemu oryginałowi, ale pomimo tego myślę, że wciąż można się na nich całkiem nieźle bawić. W Krwawej Forsie obserwując spektakularne porażki i drobne zwycięstwa twórców, a w Córce Kata po prostu ciesząc się mało mądrym filmem z wampirami sprzed ery Zmierzchu, kiedy wampiry faktycznie były krwiożerczymi bestiami. Wielbiciele durnych horrorów i złych filmów powinni być zadowoleni. Warto też dodać, że, pomimo ich niskiego poziomu, te filmy wciąż są lepsze niż powstały kilkanaście lat później serial.

niedziela, 24 września 2017

Pyszne potrawy, piękni ludzie, i mnóstwo śmiechu, czyli Kulinarne Pojedynki


Na mangach z magazynu Weekly Shonen Jump się praktycznie wychowałem. Dzięki ich animowanym adaptacjom w ogóle zacząłem się interesować japońską popkulturą, a później z wypiekami na twarzy śledziłem kolejne serie komiksowe. Pomimo upływu lat shoneny z Jumpa wciąż mi się nie nudzą i każda kolejna seria daje mi mnóstwo frajdy. Nie inaczej jest z Shokugeki no Souma, które pod tytułem Kulinarne Pojedynki wydaje u nas wydawnictwo Waneko.

Kulinarne Pojedynki to, jak można się domyślić, manga o gotowaniu. Jednocześnie jest to popularny shonen z Jumpa, i ma wszystkie elementy, jakie w takim shonenie powinny się znaleźć. Główny bohater, Souma Yukihira, ma marzenie. Chciałby stać się lepszym kucharzem niż jego ojciec, z którym razem prowadzą rodzinną restaurację. W tym celu Souma udaje się do elitarnej Akademii Ceremonii Parzenia Herbaty i Gotowania Tootsuki, gdzie jego umiejętności zostają poddane próbie. Spotyka tam obowiązkową dla shonenów, barwną galerię postaci, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, spośród których każdy czytelnik będzie mógł wybrać sobie ulubieńca. Za scenariusz serii odpowiada Yuto Tsukuda, a wspomaga go zawodowa kucharka Yuki Morisaki. Morisaki dba o autentyczność przygotowywanych przez bohaterów potraw, a Tsukuda bardzo zręcznie radzi sobie z pisaniem shonena. Kulinarne Pojedynki korzystają z wielu popularnych w tego typu mangach motywów i adaptują je na historię skoncentrowaną na gotowaniu. Każdy problem w Akademii można rozwiązać tytułowym kulinarnym pojedynkiem, który wygrywa się gotując lepsze danie. Najwyższą, poza dyrektorem, władzę w szkole sprawuje Elitarna Dziesiątka Tootsuki, grupa dziesięciu najlepszych uczniów, których Souma musi pokonać, aby stać się najlepszym, co bardzo przypomina np. Espadę z Bleacha. Pierwszy większy wątek fabularny to obóz integracyjny dla pierwszoroczniaków, mający sprawdzić ich umiejętności, co z kolei wywołuje mocne skojarzenia z egzaminem na chunina z Naruto. Niestety, śledzenie fabuły nie jest tu jakoś szczególnie angażujące, bo Souma to straszna Mary Sue i wszystko, czego się dotknie wychodzi mu wspaniale. Trochę mnie nudziło obserwowanie głównego bohatera, który bezstresowo idzie przez fabułę, jakby grał w grę wideo na najniższym poziomie trudności.

Na szczęście fabuła nie gra tutaj pierwszych skrzypiec, bo Kulinarne Pojedynki to przede wszystkim komedia ecchi, i zarówno elementy komediowe jak i ecchi są tutaj świetne, a często też jedne wynikają z drugich. Zdecydowanie Shokugeki no Souma jest jednym z najzabawniejszych komiksów jakie ostatnio czytałem. Humor często jest tutaj absurdalny, ale pomimo tego bardzo przystępny i w znacznej mierze oparty na stronie wizualnej mangi, dzięki czemu nic nie zostało zgubione w przekładzie. Poczucie humoru autorów jest też bardzo ciepłe, ich żarty nigdy nie są okrutne czy niesmaczne, a raczej opierają się właśnie na absurdzie sytuacji, charakterze jakiejś postaci, czy wyśmiewaniu mangowych schematów. Kulinarne Pojedynki to jedna z najśmieszniejszych mang na polskim rynku, a skoro nie mamy szans na wydanie Gintamy, to jest to najlepsza komedia z Weekly Shonen Jumpa jaką możemy przeczytać po polsku.

Jest to też bardzo fajne ecchi, a to za sprawą świetnych rysunków Shuna Saekiego. Przed rozpoczęciem prac nad Kulinarnymi Pojedynkami Saeki rysował hentaje, więc nic dziwnego, że rysowanie nagich pań i panów wychodzi mu dobrze, ale nie tylko sceny ecchi są tutaj atrakcyjne dla oka. Shokugeki no Souma to po prostu bardzo ładna manga, którą przyjemnie się ogląda, a elementów softporno jest w niej, wbrew pozorom, bardzo mało. Saeki ma rewelacyjną kreskę, projekty postaci są spoko, a przyrządzane przez bohaterów potrawy wyglądają przepysznie (nie polecam czytać na pusty żołądek). Narracja też stoi na wysokim poziomie, komiks bardzo dobrze się czyta, a wyczucie komediowe autorów jest perfekcyjne.

Muszę też pochwalić polskie wydanie, bo Waneko spisało się na medal. Tomiki są wydane w standardowym dla tego wydawnictwa formacie, standardowo też mają obwoluty, ale tłumaczenie mnie pozytywnie zaskoczyło. W mandze młodzieżowej, której bohaterami są młodzi ludzie, łatwo przesadzić ze stylizacją języka. Tak zdarza się np. w Bakumanie wydawanym przez to samo wydawnictwo. W Kulinarnych Pojedynkach udało się tego uniknąć i dialogi brzmią bardzo naturalnie. Brawa dla tłumaczki, pani Beaty Trojnar, bo wykonała świetną robotę. Podoba mi się też jak wydawnictwo rozwiązało problem tłumaczenia tytułu, bo oprócz dużego napisu "Kulinarne Pojedynki" na okładce jest również, zapisany mniejszymi literami, tytuł japoński, dzięki czemu zadowoleni są zwolennicy tłumaczenia tytułów oraz puryści, którzy wolą tytuły oryginalne.

Kulinarne Pojedynki to najfajniejsza manga, jaką ostatnio czytałem. Cudowny humor i śliczne rysunki składają się na serię, którą powinien znać każdy fan shonenów, a i osobom zazwyczaj stroniącym od tego typu komiksów Shokugeki no Souma może się spodobać. Miło widzieć, że shoneny z Jumpa trzymają poziom, a nawet ewoluują i robią nowe, ciekawe rzeczy, takie jak właśnie seria o gotowaniu (albo typowo amerykańskie superbohaterstwo, ale o tym więcej za jakiś czas). Polecam tę mangę z całego serca, bo dawno się tak nie uśmiałem podczas czytania komiksu.


Recenzja na podstawie pierwszych pięciu tomów serii. Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko.

sobota, 16 września 2017

Inspektor Akane Tsunemori


Psycho-Pass to kilka lat temu była duża rzecz w świecie anime. Serial napisany przez Gena Urobuchiego, zwanego przez fanów Urobutcherem, chwycił za serca widzów i krytyków na całym świecie. Coś tak popularnego nie mogło się skończyć na jednym sezonie, więc powstał sezon drugi, film kinowy, dwie mangi, kilka książek, oraz gra visual novel. W tej recenzji zajmę się pierwszą z mang, Inspektor Akane Tsunemori, której serializacja zaczęła się niemal równocześnie z emisją anime, i jest ona przełożeniem fabuły serialu na język komiksu.

Akcja mangi toczy się na początku dwudziestego drugiego wieku w dystopijnej Japonii, w której życiami wszystkich ludzi zarządza system zwany Sybillą. Sybilla przeprowadza „skan cymatyczny” mózgów wszystkich obywateli, a efektem tego skanowania jest tytułowy Psycho-Pass, na podstawie którego system określa np. jaki zawód przydzielić danej osobie, oraz, co najważniejsze w tej historii, jaki ktoś ma „współczynnik zbrodni”, czyli predyspozycje do popełnienia przestępstwa. Psycho-Pass manifestuje się kolorem: jeśli ktoś ma jasny i przejrzysty, to jest postrzegany przez społeczeństwo jako dobry obywatel, ale jeśli Psycho-Pass mętnieje, to znaczy, że „współczynnik zbrodni” danej osoby rośnie, a po przekroczeniu pewnego poziomu uznaje się ją za „utajonego kryminalistę”. W zależności od wysokości „współczynnika” odsyła się „utajonych” na terapię lub od razu eliminuje. Naszą bohaterką w tej rzeczywistości jest Akane Tsunemori, która właśnie skończyła szkołę z niesamowicie dobrymi wynikami i ma do wyboru wiele możliwych ścieżek kariery zaproponowanych przez Sybillę. Wybiera pracę, która nie została zaproponowana nikomu innemu z jej rocznika, czyli bycie Inspektorem w Biurze Bezpieczeństwa. Głównym zadaniem Inspektorów jest nadzorowanie Egzekutorów, czyli „utajonych kryminalistów” pracujących dla Biura w roli ludzi od brudnej roboty. Z początku wydaje się, że seria jest zwykłym proceduralem o grupie policjantów rozwiązujących kolejne zagadki, ale szybko okazuje się, że wszystkie badane przez nich zbrodnie są ze sobą powiązane osobą tajemniczego geniusza zła, który dyryguje pomniejszymi kryminalistami.

Inspektor Akane Tsunemori to bardzo wierna adaptacja anime. W porównaniu serial wypada lepiej i raczej rekomenduję zapoznanie się z wersją animowaną, ale manga również nie jest zła i z pewnością nikomu jej nie odradzam (no chyba, że się widziało anime i nie ma się ochoty na to samo po raz drugi, to trochę nie ma po co czytać). To trochę tak jak z filmowymi Watchmen. Adaptacja świetnego materiału źródłowego, pomimo kilku problemów, nadal może być czymś dobrym. Warto też dodać, że Inspektor Akane Tsunemori jako adaptacja ma dużo mniej problemów niż filmowi Watchmen, ale o tym za chwilę. Przede wszystkim Psycho-Pass, jak chyba wszystko, co wyszło spod pióra Urobutchera, jest dobrą historią. Kolejne przestępstwa rozpatrywane przez bohaterów są interesujące i w ciekawy sposób wykorzystują popularne w mandze i anime motywy. Ogólny pomysł na fabułę mocno przypomina Raport Mniejszości, w obu tych dziełach jest system pozwalający wykonać wyrok przed popełnieniem zbrodni oraz protagonista, który zaczyna w ów system wątpić. Psycho-Pass nie jest jednak kopią Raportu Mniejszości, bo pomimo wielu podobieństw rozgrywa ten pomysł trochę inaczej. Bardziej brutalnie i pesymistycznie, jak to u Urobutchera bywa.

Problemy leżą w warstwie graficznej. Psycho-Pass miał piękną animację studia Production I.G, a do narysowania Inspektor Akane Tsunemori zatrudniono niedoświadczoną artystkę Hikaru Miyoshi, dla której był to debiut (a w każdym razie najwcześniejsza praca według MALa i mangaupdates). Stylistycznie rysunki Miyoshi przypominają kreskę Akiry Amano, co jak najbardziej ma sens, bo Amano robiła projekty postaci do Psycho-Passa. I choć te rysunki na ogół są ładne, to czasami Miyoshi ma problemy z anatomią i w dziwne sposoby przestawia kości bohaterom. Narracja też jest taka sobie, choć tu pewnie wina leży po stronie scenarzystów podpisanych jako PSYCHO-PASS Committee. Wiele scen, które robiły wrażenie w animacji, w mandze wyszło po prostu nieczytelnie. Do tego dymki są czasem poukładane tak, że nie wiadomo kto co mówi. Niemniej jednak nie jest to jakoś strasznie brzydka manga, ale mogłaby być dużo ładniejsza, a wyszło trochę poniżej przeciętnej.

W Polsce Inspektor Akane Tsunemori wydaje Waneko, i ich wydanie również ma wady i zalety. Tomiki są w obwolutach, format jest trochę większy od standardowego, a na początku każdego tomu znajduje się kolorowa rozkładówka z bohaterami. Bardzo ładnie się to prezentuje. Niestety w środku jest trochę gorzej. Dialogi często brzmią nienaturalnie, miejscami brakuje przecinków, które potrafią się również pojawić w zupełnie niespodziewanych miejscach. W żadnym wypadku nie jest tak źle, że nie da się tego czytać, ale, podobnie jak z rysunkami, wyraźnie widać, że można było to zrobić lepiej.

Koniec końców Inspektor Akane Tsunemori jest mangą przyzwoitą. Świetna historia z anime pozostaje świetną, pomimo takich sobie rysunków. Fanom sajfajowych i cyberpunkowych mang jak najbardziej polecam. Jeśli ktoś bardzo chce ten komiks przeczytać, bo opis fabuły wydał mu się interesujący, to również nie powinien być zawiedziony. Jednak osoby niezainteresowane gatunkiem ani tą konkretną pozycją mogą sobie z czystym sumieniem Inspektor Akane Tsunemori odpuścić. Albo obejrzeć anime. 


Recenzja na podstawie pierwszych trzech (z sześciu) tomów mangi i znajomości anime. Jeśli w kolejnych tomach coś się drastycznie zmieni, wpis zostanie zaktualizowany. 
Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko.

czwartek, 7 września 2017

Murciélago, tom 1 - recenzja


źródło
W dobie mediów społecznościowych i agresywnego marketingu rzadko zdarza mi się – i pewnie nie tylko mi - poznawać jakiś tekst kultury, o którym wcześniej nie wiedziałem zupełnie nic. O mandze Murcielago autorstwa Yoshimury Kany mignęło mi na jakimś mangowym fanpage'u, że warto przeczytać, ale poza tym kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Zostałem miło zaskoczony, bo okazało się, że to bardzo dobra manga.

Kuroko Koumori, zaczynając już w dzieciństwie, zamordowała ponad siedemset osób. Miała jej zostać wymierzona kara śmierci, ale tuż przed wykonaniem wyroku ktoś ważny zmienił zdanie i w myśl zasady „jeśli chcesz złapać zabójcę, zatrudnij zabójcę” dał jej pracę. W ten sposób Kuroko została osobą od brudnej roboty na usługach rządu. Towarzyszy jej Hinako, śmiertelnie niebezpieczna, gdy prowadzi swoje Lamborghini Murcielago, i stereotypowo urocza mangowa dziewczynka, z obowiązkowym kosmykiem włosów sterczącym ku górze. Razem przeżywają różne przygody, jak np. polowanie na byłego wrestlera z narkotykowym problemem, który biega po mieście i morduje ludzi, a przy okazji wygląda kreska w piksel jak Hugo ze Street Fightera, który, przypominam, również jest wrestlerem.

Murcielago to pełen akcji seinen z elementami gore, yuri, oraz mnóstwem odniesień do popkultury - od drobnych, jak wspomnienie jakiejś nazwy z mitologii Lovecrafta, po większe, jak odtworzenie całej sceny z Pulp Fiction. Porównałbym go do Fairy Taila, bo choć są to mangi tak od siebie różne, jak to tylko możliwe, to podczas czytania obu towarzyszyły mi bardzo podobne uczucia. W obu przypadkach celem autora było stworzenie nieskrępowanego logiką czy sensem komiksu, który byłby po prostu fajny. Dzięki temu w obu tych mangach dzieją się rzeczy absurdalnie głupie, ale absolutnie mi to nie przeszkadza, bo frajda czerpana z lektury jest ogromna. Do tego Murcielago jest przeznaczone dla starszych odbiorców, więc pełno tu krwi i flaków, a dobre gore zawsze przyjmuję z radością. Fani rysowanych pań znajdą tu również sceny seksu, które może nie są tak śmiałe, jak w prawdziwych hentajach, ale wyraźnie autor nie musiał się za bardzo ograniczać.

Nie byłby to jednak tak świetny komiks, gdyby nie rysunki. Przede wszystkim storytelling stoi tu na bardzo wysokim poziomie. Pierwsze kilka stron przedstawiających Kuroko jako seryjnego mordercę jest genialne, a dalej jest równie dobrze. Kana stosuje ciekawe układy kadrów i ukazuje akcję z efektownych perspektyw, dzięki czemu manga jest bardzo widowiskowa. Ponadto same rysunki są miłe dla oka, a uroku dodają im ciekawe projekty postaci. W kontraście do stereotypowo wyglądającej Hinako stoi Kuroko, która jest bardzo przerysowana. Ma zbyt długie kończyny, zbyt długi język, jej czarne włosy sięgają niemal do ziemi, a od jej uśmiechu płaczą małe dzieci, a i dorosłym osobom może się zdarzyć (nie było takiej sceny, ale jestem pewien, że tak jest). Wygląda jak postać wyciągnięta prosto z horroru. Zresztą, to nie jedyna inspiracja Kany tym gatunkiem. Poszczególne sceny oraz przedstawione w nich rozczłonkowane ciała również wyglądają jak wyciągnięte żywcem z mang grozy. Jedynym minusem szaty graficznej jest kilka scen, które są trochę nieczytelne, ale dosłownie można je policzyć na palcach jednej ręki, więc nie stanowią dużego problemu.

Polskie wydanie to standard dla wydawnictwa Waneko. Tomik jest w ładnej obwolucie, a tłumaczenie jest na tyle przyzwoite, że spokojnie można czytać bez zgrzytania zębami. Pierwsze kilka stron jest kolorowych, a na kilku ostatnich, jak zwykle u Waneko, znajdują się reklamy. W tomiku oprócz podstawowych pięciu rozdziałów znajduje się również one-shot Pilot film of Murcielago oraz bonusowy rozdział erotyczny, żeby fani yuri się nie burzyli, że w całej mandze była tylko jedna scena seksu. Ogólnie wydanie jest bardzo porządne, i nie ma się do czego przyczepić.

Murcielago to kawał satysfakcjonującej, pulpowej rozrywki. Wyraźnie da się odczuć, że Yoshimura Kana świetnie się bawił podczas rysowania, i to udziela się również czytelnikowi. Jednocześnie nie jest to manga pozbawiona wad, bo o ile kilka mało czytelnych rysunków można przemilczeć, tak niektóre żarty są co najmniej niestosowne. Nie przysłaniają jednak wszystkich dobrych elementów Murcielago, a tych jest znacznie więcej.


Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko

niedziela, 3 września 2017

Od gangsterów do wampirów


Po serii zawodów zaserwowanej przez Netflixa chciałem obejrzeć w końcu coś dobrego, więc postanowiłem odświeżyć sobie film, który znam i lubię. Lubię campowe horrory, Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza, więc padło na Od Zmierzchu do Świtu. Okazało się, że ten film jest jeszcze lepszy, niż go zapamiętałem!

Bracia Gecko, Seth i Richie, właśnie obrabowali bank i uciekają do Meksyku. Młodszy z nich, Richie, to psychopatyczny morderca i gwałciciel, a starszy, Seth, to profesjonalny złodziej, który trzyma szaleństwo brata w ryzach. Obaj są przestępcami, więc oczywiście trudno sympatyzować z Sethem, a z Richiem się po prostu nie da. Po drodze porywają rodzinę Fullerów, i w nich widz już może ulokować jakieś pozytywne emocje. Jacob to pastor, który przestał kochać boga po śmierci żony, i razem z dwójką dzieci, Scottem i Kate, jest na wakacjach. Z ich pomocą bracia Gecko przedostają się przez granicę, i udają się do baru Titty Twister, gdzie o świcie ma się z nimi spotkać ich kontakt, Carlos. To pierwsza część, będąca filmem o gangsterach, a dzięki scenariuszowi Tarantino wywołuje mocne skojarzenia z Pulp Fiction. Jednak po pierwszej godzinie Od Zmierzchu do Świtu radykalnie zmienia klimat. Okazuje się, że w Titty Twister są wampiry, i nagle film staje się horrorem klasy B. Bardzo dobrym, naprawdę zabawnym horrorem klasy B, ze świetnymi postaciami drugoplanowymi. Przez tę pierwszą godzinę widzowie wystarczająco zapoznali się z braćmi Gecko i Fullerami, więc w Titty Twister dołączają do nich Sex Machine, motocyklista korzystający z pojawiającego się w różnych filmach Rodrigueza penisorewolweru, oraz Frost, weteran z Wietnamu. Zaś po stronie wampirów wyróżniają się królowa wampirów Santanico Pandemonium, barman Razor Charlie, i odźwierny baru Chet Pussy. Nie dowiadujemy się o tych postaciach wiele, więc ciężko powiedzieć, że są jakoś szczególnie ciekawe, ale są absolutnie przerysowane, i bardzo przyjemnie się je ogląda. Wielka w tym zasługa reżyserii Rodrigueza i dialogów Tarantino, bo poszczególne sceny są fenomenalne, a kwestie bohaterów to czyste złoto. Moją ulubioną sceną jest opowieść Frosta o Wietnamie, której wszyscy słuchają z takim zainteresowaniem, że nie zauważają, jak Sex Machine tuż za nimi zmienia się w wampira. Takie głupotki wypadają w tym filmie wspaniale, a najlepsza jest świadomość, że inni twórcy bardzo łatwo mogliby to spieprzyć.

Oprócz znakomitych scenarzysty i reżysera świetną robotę robią też aktorzy. George Clooney jako Seth ma niewyczerpane pokłady charyzmy. Quentin Tarantino nie tylko napisał scenariusz, ale też zagrał Richie'ego, i wypadł bardzo przekonująco jako psychol. W rodzinie Fullerów jest trochę kontrast, bo grający Jacoba Harvey Keitel jest bardzo dobry, Ernest Liu gra Scotta poprawnie, ale nic ponadto, a Juliette Lewis jest aktorskim drewnem, i wygłasza swoje kwestie niczym syntezator mowy. Normalnie to byłoby wadą, ale w głupich horrorach beznadziejne aktorstwo ma swój urok, i moim zdaniem to dobrze, że przynajmniej jedna osoba w tym filmie nie umie grać. Do tego pojawiają się aktorzy, którzy zawsze występują w filmach Rodrigueza. Cheech Marin gra aż trzy postaci, bo oprócz bycia Chetem Pussy pojawia się na chwilę w pierwszej części filmu jako strażnik graniczny, i w kilku ostatnich minutach jako Carlos. No i oczywiście, jako Razor Charlie, pojawia się Danny Trejo, i musicie wiedzieć, że Danny Trejo jako wampir to jedna z najbardziej zajebistych rzeczy jakie można zobaczyć. A Santanico Pandemonium gra Salma Hayek. Salma Hayek zawsze jest spoko.

Muzyka też jest bardzo fajna. Na tyle, że zasługuje na swój osobny akapit. Dominującym gatunkiem muzycznym jest w tym filmie teksański blues, pojawiają się też rockowe utwory. Motyw przewodni "Dark Night" The Blasters jest świetny, ZZ Top zawsze miło usłyszeć, a zespół Tito & Tarantula w barze Titty Twister robi bardzo fajną atmosferę, przede wszystkim swoim "After Dark" podczas tańca Salmy Hayek. Z inną muzyką ten film nie miałby tak fantastycznego klimatu.

Tak naprawdę są to dwa filmy w jednym, i w tym przypadku nie jest to zarzut, bo w obu gatunkach Od Zmierzchu do Świtu jest świetne, a przejście między nimi jest cudowne. Śmiem twierdzić, że lata dziewięćdziesiąte to najlepszy okres w twórczości Rodrigueza, no bo pierwszy Maczeta jest spoko, te filmy dla dzieci też są fajnymi filmami dla dzieci, ale do zajebistości Desperado czy właśnie Od Zmierzchu do Świtu trochę im brakuje. Nie bez powodu Od Zmierzchu do Świtu osiągnęło status filmu kultowego. Jest to jeden z najlepszych komediowych horrorów jakie powstały, i spokojnie można go postawić obok Armii Ciemności czy Zombielandu.

sobota, 26 sierpnia 2017

Notatnik Śmierdzi


Z hollywoodzkimi ekranizacjami anime jest trochę tak, jak z ekranizacjami gier. Powstają rzadko, a te które istnieją są raczej słabe. Największym grzechem takich adaptacji jest niezrozumienie materiału źródłowego, i dokładnie to stało się przy Death Note, nowym filmie produkcji Netflixa wyreżyserowanym przez Adama Wingarda. W oryginalnym Notatniku Śmierci bóg śmierci Ryuk zrzucił tytułowy notatnik na ziemię, bo się nudził. To była jego motywacja, he did it for the lulz. Zeszyt znalazł genialny nastolatek Light, i możliwość zabicia kogokolwiek zrobiła z niego socjopatę z kompleksem boga, który zabijając wszystkich przestępców chce stworzyć nowy, lepszy świat. Na przeciw staje mu genialny detektyw ukrywający się pod pseudonimem L. Rdzeniem Death Note'a jest pojedynek tych dwóch wielkich umysłów, z których każdy uważa, że reprezentuje sprawiedliwość. Rdzeniem Netflixowego Death Note'a jest straszny potwór. Daleko mi do purysty. Podobał mi się pomysł przeniesienia akcji do Seattle, a zmianę koloru skóry L'a przyjąłem z entuzjazmem (reprezentacja!), jednak najważniejsze elementy, które sprawiają, że Death Note jest Death Note'em, powinny zostać zachowane, a film Wingarda wszystko robi nie tak, jak powinien.

Będą spoilery, ale film i tak jest do dupy

W oryginale Light Yagami był socjopatycznym geniuszem, który przez cały czas był panem sytuacji, przewidywał ruchy przeciwnika, i bez skrupułów wykorzystywał sprzymierzeńców, a jego motywacją było stworzenie nowego świata, w którym byłby bogiem. Motywacją Lighta Turnera było zaruchać, więc pierwszą rzeczą, jaką zrobił po zdobyciu notatnika, było pokazanie go dziewczynie, która mu się podoba. W ten sposób do historii została wprowadzona Mia Sutton, tutejszy odpowiednik Misy Amane. Relacja Lighta Yagamiego i Misy Amane przypominała trochę relację Jokera i Harley Quinn z komiksów DC: geniusz zła i zakochane w nim bez pamięci narzędzie. Niestety Light Turner jest niezdecydowaną cipą, która wszystkiego się boi, więc to Mia Sutton przejmuje rolę psychola, który zabije każdego, kto stanie mu na drodze. Razem zaczynają zabijać przestępców i „tworzyć nowy świat”, ale w pewnym momencie Light stwierdza, że jednak się trochę cyka, więc Mia przejmuje inicjatywę, zabija bez jego wiedzy, a w końcu chce przejąć notatnik dla siebie. Z kolei Ryuk został zdegradowany do poziomu kolejnego potwora z kolejnego horroru, który cały czas stoi w cieniu, nigdy nie pokazuje twarzy, i regularnie grozi śmiercią głównemu bohaterowi. W ogóle wszyscy traktują Lighta jak szmatę, a najgorsze jest to, że w pełni na takie traktowanie zasłużył. Oprócz bycia cipą Light jest również skończonym idiotą, i robi wszystko, żeby ułatwić L'owi pracę, zaczynając od pochwalenia się notatnikiem koleżance, a na oszczędzeniu własnego ojca kończąc. Anime było ciekawe, bo było wielką grą, a w filmie L wygrywa w trzech ruchach. Generalnie L przez większość czasu jest najjaśniejszym punktem filmu. Jest inteligentny, dziwny, mało sypia, i je dużo słodyczy. Zupełnie jak w anime. A później nadchodzi finał.

Death Note jest gównianą adaptacją. Jest też po prostu słabym, niespójnym filmem, który zupełnie nie trzyma się ustalonych przez siebie zasad. Im dalej w las, tym więcej zastosowań ma notatnik, aż w końcu może zrobić absolutnie wszystko, co zostanie w nim zapisane. W finale film próbuje też wmówić widzom, że tak naprawdę to Light Turner jest mądry i potrafi knuć takie intrygi, jak Light Yagami w anime. Szkoda, że zaczął to robić pod koniec filmu, kiedy wszyscy już dawno wiedzą, że to on zabijał. Za to L pod koniec robi się głupszy. Nagle ten genialny detektyw biega za Lightem z pistoletem w dłoni, a później rozważa zabicie go za pomocą dziennika, co kompletnie nie pasuje do tej postaci. L chciał powstrzymać Lighta właśnie dlatego, że zabijanie jest złe, i nagle mamy uwierzyć, że sam chce się zniżyć do poziomu swojego przeciwnika? I ain't buyin' that shit. Nie dowiadujemy się jednak czy to zrobił, bo film się kończy. Lubię otwarte zakończenia, ale w tej historii jest ono okropnie niesatysfakcjonujące, i implikuje, że L jest hipokrytą.

Mam wrażenie, że zawinił tu tak długi okres produkcji, bo Death Note sporo czasu spędził w development hell. Oprócz głupot w finale pojawia się też w scenariuszu dziwny plot twist. Otóż Mia zabija policjantów. Od początku wiadomo, że to Mia, ale Light z jakiegoś powodu myśli, że to Ryuk, a Ryuk nie wyprowadza go z błędu. Później film o tym zapomina i Mia przeprasza Lighta, a następnie jest wielki reveal, w którym okazuje się, że to Mia zabijała (gasp). Straszny bałagan jest w tym scenariuszu. A szkoda, bo technicznie film jest całkiem niezły. Zdjęcia są ładne, montaż jest przyzwoity, i efekty specjalne są zadowalające. Widać, że Wingard umie w horrory, a Netflix rzucił trochę dolarów, dzięki czemu film nie jest tak okropnie niskobudżetowy, jak japońskie adaptacje Death Note'a. Pieniążków starczyło też na dobrych aktorów, więc tym razem w filmie nie występują cosplayerzy (te japońskie filmy serio były złe). Willem Dafoe to perfekcyjny Ryuk, Lakeith Stanfield też świetnie wypada jako L. Trochę w ich cieniu jest Margaret Qualley, która wypada przekonująco, ale już tak nie błyszczy. I tylko Nat Wolff na ich tle wygląda słabo, bo robi z Lighta jeszcze większą cipę niż już zrobili scenarzyści. Za to muzyka też jest spoko. W każdym razie original score, w którym nawet pojawia się nawiązanie do anime. Licencjonowane piosenki są... dziwnie dobrane. Np. jedna z ostatnich scen, na diabelskim młynie, dzięki muzyce jest przekomiczna, i nie wiem, czy to zamierzony efekt, czy wypadek przy pracy.

Widać, że było w tym filmie trochę potencjału, jednak szereg złych decyzji na etapie produkcji wyrzucił ten potencjał do kosza. Znowu się nie udało, kolejna adaptacja anime posysa, hollywood nie uczy się na błędach. Battle Angel Alita pewnie też będzie niewypałem, a plotkom o powstaniu Akiry nawet nie chcę już wierzyć. Szkoda, bo np. japoński Rurouni Kenshin udowadnia, że można zrobić to dobrze.

sobota, 19 sierpnia 2017

Bieda Avengers, czyli Defenders


Poziom Netflixowego zakątka MCU spada z każdym kolejnym serialem, ale zawsze mam nadzieję, że ten kolejny będzie dobry. A Defenders mieli wszelkie predyspozycje, żeby być czymś co najmniej fajnym. Mniejsza ilość odcinków zapowiadała brak nudnych dłużyzn, nareszcie czworo głównych bohaterów poprzednich seriali miało się spotkać, i w końcu miał zostać zamknięty wątek Hand, czyli najgorsza rzecz, jaka przydarzyła się zarówno Daredevilowi, jak i Iron Fistowi. Akceptowałem gówniane elementy tych seriali (no, Iron Fist miał więcej gównianych elementów, ale dziś nie o tym) tylko i wyłącznie jako set up pod Defenders, w których chciałem dostać satysfakcjonujący pay off. A dostałem jeszcze więcej tego samego gówna. Źli ninja wrócili, Elektra razem z nimi, i trzeba ich powstrzymać, bo jak nie, to w Nowym Jorku wydarzy się... coś. Coś niedobrego z pewnością, miasto upadnie, źli ninja często mówią, że miasto upadnie, ale zapominają dodać w jaki sposób, albo chociaż czemu. Nieważne, nowojorscy superbohaterowie muszą ich powstrzymać. Chociaż wolałbym oglądać, jak robią cokolwiek innego, wszystko byłoby ciekawsze niż ten serial.

Będą spoilery.

Oesu, jakie to jest złe. Oczekiwałem serialu opartego na bohaterach, którzy nareszcie się spotkają, i będą się tworzyły między nimi relacje, będą razem walczyć z niemilcami, będzie jakaś fajna dynamika w tej grupie. No. Nie ma. W każdym razie nie ma nic ponadto, co widzieliśmy w trailerach. Matt, Jessica, Luke i Danny spotykają się wszyscy razem dopiero w trzecim odcinku (warto dodać, że spotykają się totalnym przypadkiem, co jest durne), później szybko się rozdzielają, i schodzą się dopiero w odcinku ostatnim. Kto wpadł na ten genialny pomysł, i dlaczego jeszcze nie stracił pracy? Co prawda często widzimy na ekranie dwoje, albo nawet troje bohaterów, co daje jakiś posmak oglądania drużyny, ale nawet tym nie można się nacieszyć, bo przecież trzeba dać jak najwięcej czasu ekranowego Elektrze i Sigourney Weaver. Elektrze, której po drugim sezonie Daredevila nikt nie lubi, a postać Sigourney Weaver, Alexandra, też nie jest jakoś szczególnie interesująca. Na początku jest sztampową, tajemniczą, złą panią, która elegancko się ubiera i słucha muzyki klasycznej. Później poznajemy jej backstory i okazuje się, że było lepiej, gdy była tajemnicza. Otóż Alexandra jest jednym z pięciu założycieli Hand, podobnie jak znani nam już Madame Gao i Bakuto, jakiś czarny koleś z akcentem powielający schemat, że czarny umiera pierwszy, i Murakami, Japończyk, który nie lubi mówić po angielsku. Hand, podobnie jak sama Alexandra, było ciekawsze, gdy było tajemnicze, i moim zdaniem pokazanie założycieli złej organizacji złych ninjów odbiera jej trochę uroku. To trochę tak, jak z Mocą i Midiplemnikami. Nie trzeba było tego wyjaśniać, tajemnica ma swój urok! Wracając: Hand potrzebują Elektry, która jest Black Sky, bo coś tam, a później jednak potrzebują Iron Fista, bo inne coś tam. Po kolei. Wcześniej Hand potrzebowało Black Sky, i w Daredevilu w końcu je zdobyli. Nadal nie wiadomo czym jest Back Sky, co robi, i o co w ogóle z tym chodzi. Serio, to się nie wyjaśnia. I to jest głupie, bo Elektra, będąca tą straszną bronią Hand, zabija mnichów z K'un-Lun, ale ona jest wyszkolona do walki. Już widzę, jak ten wychudzony mały chłopczyk Black Sky z pierwszego sezony Daredevila zabija kogokolwiek. O co chodzi z Black Sky do cholery? Najwyraźniej #nikogo, chodźmy dalej. Aby wskrzesić Elektrę założyciele Hand zużyli resztkę „substancji” potrzebnej do wskrzeszania, przez co nie są już nieśmiertelni. Zatrzymajmy się tu na moment. Z tego co pamiętam, w Iron Fiście Faramir nie potrzebował magicznego soczku żeby zmartwychwstać, wystarczyło trochę poczekać, a przecież był tylko jakimś leszczem na usługach Hand. Teraz nagle sami założyciele Hand są od niego słabsi? Co tu się? Anyway, walić Black Sky, jak Hand je już zdobyli, to stwierdzili, że już tego nie potrzebują. Teraz Hand potrzebują Iron Fista, bo tylko on może otworzyć drzwi do jaskini, w której jest strasznie potężne coś, czego Hand chce, bo jest straszne i potężne też. Nie mogli sobie sami zrobić drzwi do tej jaskni w innym miejscu? Mogli zrobić podkop, albo wejść jakoś od góry, albo z drugiej strony, ale nie, muszą koniecznie wejść tymi jedynymi drzwiami, do których otwarcia potrzebny im Danny, bo inaczej nie byłoby fabuły. W końcu Danny te drzwi otwiera, i okazuje się, że leżą tam kości smoka, z których Hand chyba chcą wydobywać magiczny soczek. Chyba, bo nie jest jasno powiedziane czego chcą od tego smoka, ale coś nim wiercą, więc wydobywanie magicznego soczku jest najbardziej logicznym wnioskiem. Nie wiem tylko, w jaki sposób Nowy Jork ma od tego upaść, a dosłownie co chwilę ktoś powtarza, że miasto upadnie. „Hej, ci goście, którzy żyją od setek lat będą mogli żyć dalej! Onje, nasze miasto tego nie wytrzyma!”.

Ten serial jest głupi. Czym jest Black Sky? Co Hand chcieli osiągnąć? O co chodziło z trzęsieniem ziemi na początku? Nie wiadomo, ale fajnie się leją, nie? Też nie. Walki nie są aż tak złe jak w Iron Fiście, ale nadal panuje w nich absolutny chaos i przez większość czasu nie wiadomo co się dzieje. Dialogi też są złe. Co chwila zgrzytałem zębami, bo ludzie tak nie mówią. Najbardziej irytujący pod tym względem jest Murakami, który mówi tylko po japońsku, a wszyscy odpowiadają mu po angielsku, i nikt nie ma z tym problemu. Alexandrze dwa razy zdarza się powiedzieć do niego coś po japońsku: za pierwszym razem jest to jakaś formułka Hand, a za drugim nazywa go „baka”. Swoją drogą, gdyby Alexandra była tsundere, to cały serial byłby dużo lepszy. Jednak słabe dialogi nie są najgorsze. Scenariusz sięga dna, gdy próbuje być zabawny. Co prawda dzieje się to bardzo rzadko, bo Defenders przez większość czasu mają kij w dupie, ale gdy już pojawia się humor, to albo jest po prostu nieśmieszny, albo wręcz żenujący. Jak na przykład cyniczne teksty Jessici Jones, które zostały sprowadzone do poziomu cynicznej, owszem, pięciolatki, albo Stick, który w pewnym momencie zachowuje się jak Toph z Avatara. Dosłownie, został tu powtórzony żart o byciu ślepym z serialu animowanego sprzed dziesięciu lat. I był śmieszny, dziesięć lat temu. Wiecie, co jeszcze jest śmieszne? To, że ci scenarzyści mają pracę. W ogóle za produkcję tego serialu wzięli się ludzie co najmniej średnio kompetentni. Kamera fruwa, jakby operator nie mógł przebywać w jednym miejscu przez więcej niż kilka sekund, a montaż... O scenach walk już mówiłem, są chaotyczne jak cholera, ale o co chodzi z tymi przejściami? Gdy perspektywa przenosi się z jednej postaci na drugą widzimy krótkie ujęcia, najczęściej pokazujące pociągi, w dziwnej ramce. Rozumiem sam cel tego zabiegu, miał pokazać widzowi przemieszczanie się w przestrzeni, ale w Nowym Jorku jest chyba trochę więcej ciekawych wizualnie rzeczy niż pociągi. I co z tą ramką? Nie mówię, że ten zabieg montażowy jest fundamentalnie zły, ale jest dziwny, i na pewno dałoby się to zrobić lepiej.

Jeśli miałbym powiedzieć o tym serialu cokolwiek pozytywnego, to scena, w której Elektra zabija Alexandrę jest fajna. Ucieszyłem się, że nie trzeba było czekać do ostatniego odcinka żeby się od niej uwolnić. Lubię Sigourney Weaver, ale, niestety, kompletnie nie miała tu czego zagrać. Alexandra jest irytująca, wygłasza swoje irytujące kwestie, i generalnie, jako villainowi, bliżej jej do Diamondbacka niż Kilgrave'a. Nieciekawa jest po prostu. Z drugiej strony, jej miejsce przywódcy Hand zajmuje Elektra, a ona jest jeszcze gorsza, więc może to nie był aż tak dobry deal. Ale scena śmierci Alexandry była fajna, i była to jedyna fajna scena, której nie było w trailerach. Poza tą jedną chwilą, wszystko co chociaż trochę dobre w tym serialu, jak scena, w której Defenders wszyscy razem siedzą w restauracji i rozmawiają, albo finałowa walka, było pokazane przed premierą. Nie no, fajny marketing, nie trzeba oglądać całego serialu.

Defenders to zdecydowanie najgorszy element Netflixowego MCU. Nawet w Iron Fiście było kilka fajnych scen, a i jakiś ciekawy wątek się znajdzie (Meachumowie), a w Defenders nie ma nic. Ten serial jest nudny, głupi, bezsensowny, i okropnie niesatysfakcjonujący, a szkoda, bo przecież miał tyle potencjału! Widać to chociażby w scenie w restauracji, albo podczas finałowej walki, w której bohaterowie faktycznie są drużyną i zachowują się jak drużyna. Zamiast większej ilości takich fajnych scen dostaliśmy genezę Hand, Elektrę, i fabułę pełną dziur. Fuck it, I say, and fuck Netflix too.

PS. Czy tylko ja miałem nadzieję, że podczas ostatniej walki Daredevila z Elektrą na Elektrę spadnie winda upuszczona przez Jessicę Jones? Naprawdę na to czekałem, a ta cholerna winda w ogóle nie spadła :c

wtorek, 8 sierpnia 2017

Evil is not Dead


Banda dzieciaków jedzie imprezować w domku w lesie, gdzie, oczywiście, dzieje im się krzywda. To schemat, który zawsze przyjemnie mi się ogląda. The Cabin in the Woods z Chrisem Hemsworthem to jeden z moich totalnie ulubionych filmów tej dekady, świetnie się bawiłem na niedawno odkrytym Tucker and Dale vs Evil, a franczyza Evil Dead to jedna z moich ukochanych serii kinowo-telewizyjnych ever. I właśnie o Evil Dead dzisiaj chciałbym pomówić, bo, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych filmów, Martwe Zło nie kończy się na leśnej masakrze i pokazuje dalsze losy jej uczestników (no dobra, jednego uczestnika, you get the idea).

Obejrzałem drugi sezon Ash vs Evil Dead, i właśnie z tej okazji jest notka, bo uderzyło mnie, jak bardzo zajebisty jest ten serial. Oczywiście był zajebisty od samego początku, ale zdążyłem o tym zapomnieć, bo od pierwszego sezonu minęło trochę czasu, a drugi trochę mi umknął. Ale nadrobiłem! I teraz żałuję, że tak długo zwlekałem, bo to najlepszy serial jaki widziałem od kwietnia (wtedy był Dirk Gently). I was też zachęcam do obejrzenia, więc opowiem o całości, a nie tylko o drugim sezonie.

Ash vs Evil Dead olewa reboot z 2013 roku (co sam również zrobiłem, i nawet nie widziałem, rebooty są meh), i kontynuuje historię Asha w takim samym tonie, w jakim zrobiona była Armia Ciemności, czyli totalne heheszkowanie ze wszystkiego i zero strachu, w przeciwieństwie do pierwszego Evil Dead, które jeszcze nie było komedią, a całkiem poważnym horrorem. Co prawda straszne, horrorowe sceny jak najbardziej w tym serialu są, ale lekka atmosfera całości odbiera im całą grozę. Jednak first things first: Ash wrócił! Po trzydziestu latach wolnego od demonów życia, będąc pod wpływem substancji psychoaktywnych wpadł na pomysł, że czytanie Necronomiconu to dobry plan na spędzenie wieczoru z prostytutką. No i gówno znowu wpadło w wiatrak, i Ash znów musi walczyć ze złem. Jednak serial to nie trwający osiemdziesiąt minut film, więc oprócz radosnej rzezi i głupich, acz przezabawnych gagów trzeba było napisać jakąś fabułę. I scenarzyści dostarczyli. Oczywiście głównym celem Asha jest przepędzenie zła i przywrócenie wszystkiego do normy, ale teraz oprócz szeregowych demonów pojawia prawdziwy czarny charakter, Ashowi towarzyszy dwoje sidekicków, i historia jest o wiele mniej kameralna. W pierwszych dwóch filmach bohaterowie siedzieli w chatce w lesie, w Armii Ciemności był zamek i okolice, a w serialu pierwszy sezon jest opowieścią drogi, a drugi rozgrywa się w rodzinnym miasteczku Asha, co daje o wiele szerszą perspektywę na świat przedstawiony. Bardzo fajnie to zadziałało, i dało powiew świeżości serii, nawet pomimo ton fanserwisu (spoiler, wrócimy do chatki). Warto też wspomnieć, że zakończenie pierwszego sezonu jest dość niestandardowe, i wiele mówi o postaci Asha.

W pierwszym filmie Ash był zwyczajnym chłopakiem, który okazywał jak najbardziej zdrowe przerażenie na widok demonów, ale raczej był nieskory do przemocy. A później zabił swoich przyjaciół, jeszcze jakichś przypadkowych ludzi, aż w końcu został bohaterem w średniowieczu. Coś takiego zostawia ślad. Po trzydziestu latach znów go widzimy, uciekającego od przeszłości w imprezy, używki i przygodny seks. A jednak nie zmienił się za bardzo od Armii Ciemności, nadal jest tym "cool" kolesiem z piłą zamiast jednej dłoni i bumpatykiem w drugiej, który bez wahania zabija kolejne potwory. I dupkiem. No i tym razem nie siedzi w domku w lesie, ani nie jest w średniowieczu, tylko przebywa między ludźmi, nie zdającymi sobie sprawy z istnienia demonów. No, przynajmniej dopóki te się nie pojawią. Bardzo mi się spodobało, że np. w swoim rodzinnym miasteczku Ash jest znany jako Ashy Slashy, wariat, który zamordował przyjaciół. Ciekawe jest takie inne spojrzenie na znanego od dawna bohatera.

Reszta postaci też daje radę. Prawdziwa tożsamość Ruby, pani villain granej przez Lucy Lawless (szerzej znana jako Xena: Wojownicza Księżniczka), jest z początku tajemnicą, więc nie będę spoilował. Powiem tylko, że jest to całkiem kompetentny villain. Może bez rewelacji, ale jednak Ruby jest o wiele lepsza od bezimiennych deadite'ów. A w drugim sezonie pojawia się ktoś z jeszcze wyższej półki, ale ciii, no spoilers. Oprócz czarnych charakterów jest też para sidekicków Asha, Pablo i Kelly, którzy z początku pracowali razem z nim w supermarkecie ValueStop. Pablo wierzy, że Ash to Jefe, człowiek, który stanie naprzeciw złu. Czyli, basically, jest jego fanem, więc wyrusza razem z nim bić demony, choć, w przeciwieństwie do swojego idola, nie jest jakoś szczególnie odważny i ma skłonności do panikowania. Nie jest jednak totalną pipą i działa kiedy trzeba, więc absolutnie jest bardziej sympatyczny niż irytujący. (Przy okazji, Pablo ma najdziwniejszą fryzurę ever. Serio, prawa fizyki nie działają na te włosy.) Za to Kelly dołączyła do Asha z bardziej osobistych powodów, i jest najmniej przerysowana z całej trójki. Czyli nadal bardzo, ale mniej niż Ash i Pablo. Oboje bardzo dobrze sprawdzają się jako dopełnienie głównego bohatera, który samotnie był spoko w filmach, ale w pięciogodzinnym sezonie serialu mógłby po jakimś czasie nudzić, a interakcje z pomocnikami temu zapobiegają.

Gadam o bohaterach, a przecież w Evil Dead najważniejszy jest klimat, i pod tym względem Ash vs Evil Dead jest sequelem Army of Darkness. Squelem w stylu Cliffa Bleszinski, czyli bigger, better, more badass, i dla fanów jest to idealny stan rzeczy. Humor jest podobny, ale jest bardziej. Bardziej obrzydliwy, bardziej bezpośredni, bardziej okrutny, bardziej zabawny. Umiejscowienie akcji w bardziej zróżnicowanych lokacjach pozwoliło scenarzystom na wykorzystanie większej ilości ciekawych motywów, co zaowocowało zgrywą z przeróżnych horrorowych klisz, czego absolutnym highlightem są dwa cudowne odcinki w obskurnym szpitalu psychiatrycznym. Całości dopełnia warstwa techniczna. Banałem będzie stwierdzenie, że technologia w 2015 (bo wtedy rozpoczęła się emisja pierwszego sezonu) jest trochę lepsza niż w latach '80 i '90, więc oczywiście, że serial wygląda dużo lepiej niż poprzedzające go filmy. I tylko nagle, na tle tych porządnych efektów i większej ilości aktorów, zaczyna być bardziej widoczne, że Bruce Cambell nie umie grać. Nigdy nie umiał, i nie jest to zarzut, nie wymagam wiele od aktora w horrorze klasy B, po prostu troszeczkę gryzie się to z poziomem wszystkiego innego.

Ash vs Evil Dead to dokładnie to, na co czekali fani serii. A nawet jeśli nie czekali, to dostali mnóstwo dobrej zabawy. Jednocześnie to w żadnym wypadku nie jest miejsce, w którym można zacząć swoją przygodę z tą marką. Znajomość filmów, chociaż pobieżna, jest wymagana, żeby wszystko zrozumieć, więc jeśli ktoś ich nie widział, to zachęcam, bo nadal są bardzo dobre. A serial, aż się powtórzę, jest zajebisty, więc zachęcam jeszcze bardziej. Z zastrzeżeniem, że jest kierowany do bardzo konkretnej grupy odbiorców, więc jeśli ktoś nie lubi czarnego humoru, horrorów klasy B, czy nawet trylogii filmów Raimiego, to Ash vs Evil Dead nie jest przełomowym dziełem, po którym zmieni zdanie. Jest dobrym sequelem, ale nic ponad to. I dobrze, ja bawiłem się zajebiście.

niedziela, 16 lipca 2017

Hyper Light Zelda i choroby serca


Opowiem wam dzisiaj czemu powinniście zagrać w Hyper Light Drifter, ale zanim zacznę mówić o samej grze, wypada powiedzieć kilka słów o jej twórcy. Alex Preston od zawsze ma poważne problemy ze zdrowiem, od wrodzonej wady serca zaczynając, po mnogość problemów z układem odpornościowym i trawiennym, przez co często ląduje w szpitalu w stanie bliskim śmierci. W sercu ma rozrusznik i sztuczną zastawkę, przez co co pół roku chodzi do kardiologa na kontrolę, i stąd właśnie wzięła się nazwa jego studia, Heart Machine, a zmaganie się z chorobą zainspirowało jego debiutancką grę. Nie jest to jednak „gra-przeżycie” czy „niegra”, jak wiele popularnych produkcji w ostatnich latach. Hyper Light Drifter to pełnokrwista gra akcji w stylu wczesnych lat dziewięćdziesiątych.

Główny bohater jest Drifterem, poszukiwaczem zaginionej wiedzy i starożytnych technologii. Pokasłując krwią co kilka kroków przemierza świat w poszukiwaniu lekarstwa na dręczącą go chorobę. Musimy się tego albo domyśleć, albo wyczytać w internetach, bo HLD jest cudowną grą, która niewiele mówi wprost, sporo zostawia wyobraźni graczy, i opowiada swoją historię w sposób, na jaki tylko gry mogą sobie pozwolić. Kilka niejasnych informacji dostajemy w filmiku otwierającym grę, a później to już samo mięcho dla fanów snucia teorii i analizowania każdego piksela, bo dużą część historii opowiada otoczenie. Na podstawie rozrzuconych po lokacjach rzeczy, takich jak trupy, większe trupy, czy pozostałości po bitwach, musimy się domyślić co tam zaszło, i jest to o wiele bardziej satysfakcjonujące niż po prostu eNPeC wyjaśniający całą historię. W ogóle w HLD nie pada ani jedna linijka dialogu, choć czasem eNPeCe coś mówią. Gra sprytnie korzysta tutaj z poetyki komiksu, i zamiast tekstu wykorzystuje sekwencje obrazów w prostokątnych dymkach aby coś powiedzieć. Dla naprawdę dociekliwych graczy znajdzie się jednak słowo pisane. Na sprytnie ukrytych w świecie gry kamiennych płytach, zapisane specjalnym alfabetem, który trzeba sobie rozszyfrować. Hyper Light Drifter opowiada swoją historię w jeszcze bardziej enigmatyczny sposób niż seria Souls, i to jest piękne. Ten sposób narracji wymaga od gracza zaangażowania, czym w pełni wykorzystuje możliwości interaktywnego medium, a to o wiele ciekawsze niż tony ekspozycji fabularnej w niekończących się dialogach i przerywnikach filmowych. Nie chcę powiedzieć, że polegające głównie na czytaniu cRPGi, czy gry „filmowe” są słabe, bo np. The Last of Us jest zajebiste, ale cały swój główny wątek podaje na tacy. W dobie rozleniwienia graczy i gier, które można przejść mashując przyciski z zamkniętymi oczami, niesamowicie przyjemna i satysfakcjonująca jest gra, w której nawet żeby poznać fabułę trzeba się wysilić.

Trzeba się wysilić jeszcze bardziej, żeby w ogóle HLD przejść, bo jest to gra trudna. Preston twierdzi, że główną inspiracją były dla niego The Legend of Zelda: A Link to the Past i pierwsze Diablo. W żadną z nich nie grałem (a Diablo 3 jest nudne!!1!one), ale na pierwszy rzut oka HLD bardziej się skłania w stronę Zeldy, bo gra jest dwuwymiarowa, a akcję obserwujemy z góry. Podczas swoich poszukiwań Drifter trafia do miasta, z którego może wyjść do czterech krain, a tam są pełne przeciwników dungeony, pierdyliard sekretów i znajdziek, i boss czekający na końcu każdej krainy. Retro feeling is strong in this one. I, oesu, jak to wszystko jest świetnie zaprojektowane! Nieskomplikowana, ale wymagająca mechanika walki, polegająca na precyzyjnym dashowaniu, i naprzemiennym wykorzystywaniu broni białej i palnej działa perfekcyjnie, i trochę daje mi Souls vibes, bo wymaga ciągłej ostrożności i skupienia, ale zawsze jest sprawiedliwa, więc za każdą śmierć gracz sam jest sobie winien. A ginie się często, bo HLD może i jest sprawiedliwe, ale też surowe, więc za każdy błąd gracza czeka kara, co już w trybie standard (tutejszy normal) sprawia, że gra jest bardzo przyjemna i satysfakcjonująca, ale prawdziwa zabawa zaczyna się na New Game +. Pierwszy raz od bardzo dawna biłem bossa przez dwie godziny, nie chcąc odpuścić, dopóki się nie udało.

Do ery 16-bitów Hyper Light Drifter odwołuje się nie tylko gameplayem, ale też stylistyką. Grafika to śliczny, kolorowy pixelart, a muzykę skomponował Richard „Disasterpeace” Vreeland, znany fanom gier indie z kultowego już Feza. Muszę przyznać, że oprawa audiowizualna była jedną z rzeczy, które przyciągnęły mnie do tej produkcji, bo jest przepiękna. Nie mogę się napatrzeć na te pikselkowe tła, design w klimacie sci-fi nawiązującym trochę do filmów Studia Ghibli (Nausicaa i Laputa) robi ogromne wrażenie, a muzyka Disasterpeace'a to jakość sama w sobie. No i animacja śmiga w płynnych sześćdziesięciu klatkach na sekundę (po aktualizacji 1.03), a to w grze akcji jest ważne. Niestety, technikalia nie są idealne, bo HLD ma problem z wyświetlaniem filmików, i próbując wyświetlić zarówno intro jak i outro gra mi się zawiesiła. Aby to naprawić trzeba było tylko zastosować najprostszą informatyczną sztuczkę, czyli wyłączyć i włączyć aplikację - nawet nie musiałem resetować konsoli - ale aby obejrzeć filmik kończący musiałem pokonać ostatniego bossa po raz drugi, bo checkpoint był przed walką. Jest to mały błąd nie rzutujący za bardzo na odbiór całości (walka z ostatnim bossem jest zajebista, dajcie mi go nawet dziesięć razy), ale niestety jest obecny.

Hyper Light Drifter urwało mi głowę. Uwielbiam gry, w które się gra, a dzieło Alexa Prestona i studia Heart Machine jest dokładnie taką grą; wymaga dużo zaangażowania, ale daje za nie jeszcze więcej satysfakcji. Jest też bardzo osobistą historią o zmaganiu się z chorobą pod przykrywką bajkowego sci-fi w stylu wczesnych filmów Miyazakiego, która wykorzystuje bardzo grową narrację i nie mówi wszystkiego wprost. Chciałbym, żeby jak najwięcej osób w HLD zagrało, co nie powinno być trudne, bo gra wyszła na PeCety, PS4 i X1, i nawet tę dziwną konsolkę z androidem, o której nikt już nie pamięta (Ouya). Zagrajcie, a później powiedzcie znajomym żeby zagrali, bo warto jak cholera.

PS. Przy okazji chciałbym polecić podcast Inside Baseball, z którego dowiedziałem się o istnieniu Hyper Light Drifter.