środa, 4 października 2017

Od heist movie do westernu


W roku 1999 ukazały się aż dwa nowe filmy z serii Od Zmierzchu do Świtu, kolejno Od Zmierzchu do Świtu 2: Krwawa Forsa i Od Zmierzchu do Świtu 3: Córka Kata. Oba były filmami direct-to-video i oba są o wiele gorsze od oryginalnego filmu Rodrigueza, ale, pomimo beznadziejnych ocen od krytyków (9% i 22% na pomidorkach), uważam, że wciąż są warte uwagi. Jednak nie na tyle, żeby poświęcać każdemu osobny wpis, więc powstała notka zbiorcza.

Krwawa Forsa to film, który bardzo próbuje. Fabularnie jest to sequel do części pierwszej, który próbuje być heist movie. Mamy tu głównego bohatera, Bucka (his name is Buck, but he ain't here to fuck #musiałem #przprszm), który zbiera grupę znajomków i z ich pomocą chce napaść na bank. Niestety jest to gówniany heist movie. Plan bohaterów jest żaden, a rola jednego z nich ogranicza się do bycia miernym comic reliefem. Krwawa Forsa próbuje też udawać, że ma dialogi w stylu Tarantino, ale to też jej nie wychodzi, bo żaden ze scenarzystów nie jest Quentinem Tarantino, przez co scenariusz wypada trochę żałośnie. Oczywiście są tu obecne również wampiry (duh). Przed spotkaniem z resztą grupy jeden z bohaterów zahacza o bar Titty Twister, tam zostaje ugryziony, i do kolegów dołącza już jako krwiopijca, aby po kolei przeciągać ich na swoją stronę. W finale, oczywiście, rozgrywa się wielka bitwa wampirów z Buckiem i oddziałem policji. I jako film o wampirach Krwawa Forsa sprawdza się zaskakująco średnio. A film średni jest dużo lepszy od filmu gównianego, więc zdecydowanie jest to plus. Swoją niegównianość Krwawa Forsa zawdzięcza przede wszystkim pracy kamery, bo próbuje mieć ciekawe ujęcia i jest to najmniej nieudana z podjętych przez ten film prób. Doceniam starania, widać, że ktoś miał ambicję zrobić coś fajnego wizualnie. Udało się połowicznie, ale to zawsze coś. Ogólnie wyszedł oczywiście gniot, ale gniot warty sprawdzenia. No i w pierwszych kilku minutach filmu jest małe cameo Bruce'a Campbella, a jego obecność na ekranie zawsze podnosi jakość filmu.

Córka Kata jest o wiele bardziej bezpieczną produkcją niż Krwawa Forsa. Zamiast próbować zrobić coś ciekawego (btw. oglądałbym porządny heist movie z wampirami) trzecia część trylogii po prostu bierze szkielet części pierwszej i przenosi go na dziki zachód. Może fabuła jest trochę bardziej skomplikowana i ma więcej wątków, ale nie ma to większego znaczenia bo podstawa jest ta sama. Ludzie trafiają do baru, w barze są wampiry, odbywa się wesoła rzeź. Są nawet sceny identyczne jak w pierwszym filmie. Taki niepodejmujący ryzyka rip-off oryginału mimo wszystko ogląda się lepiej niż nieudane próby zrobienia czegoś ciekawego. Nikt nie próbuje tu dorównać filmowi Rodrigueza ani nikt nie ma ambicji zbyt wysokich dla swoich możliwości, dzięki czemu Córka Kata to po prostu całkiem przyjemny horror klasy B o wampirach w westernowych dekoracjach. Miłośnicy tego typu kina nie powinni być zawiedzeni.

Jedyną postacią pojawiającą się we wszystkich trzech filmach jest Razor Charlie, czyli grany przez Danny'ego Trejo barman. Rzuca to nowe światło na pierwszy film, w którym Charlie umierał, a pomimo tego pojawił się w sequelu. Można z tego wywnioskować, że „śmierć” wampira jest tylko tymczasowa, więc wszystko co zrobili bohaterowie pierwszego filmu jest nieważne a gdzieś w tej rzeczywistości wciąż jest wampiryczny Quentin Tarantino. W lepszym świecie dostalibyśmy spin-off poświęcony tej postaci.

Nie wspomniałem nazwisk twórców, bo nie uważam, żeby były w tym przypadku istotne. Największym osiągnięciem reżysera Krwawej Forsy jest zagranie "człowieka na balkonie" w Spider-Manie 2, a scenarzystą Córki Kata jest kuzyn Rodrigueza, i to chyba najpopularniejsze nazwiska z obu ekip. Oczywiście oba te filmy są w najlepszym wypadku mierne, do pięt nawet nie dorastają świetnemu oryginałowi, ale pomimo tego myślę, że wciąż można się na nich całkiem nieźle bawić. W Krwawej Forsie obserwując spektakularne porażki i drobne zwycięstwa twórców, a w Córce Kata po prostu ciesząc się mało mądrym filmem z wampirami sprzed ery Zmierzchu, kiedy wampiry faktycznie były krwiożerczymi bestiami. Wielbiciele durnych horrorów i złych filmów powinni być zadowoleni. Warto też dodać, że, pomimo ich niskiego poziomu, te filmy wciąż są lepsze niż powstały kilkanaście lat później serial.

niedziela, 24 września 2017

Pyszne potrawy, piękni ludzie, i mnóstwo śmiechu, czyli Kulinarne Pojedynki


Na mangach z magazynu Weekly Shonen Jump się praktycznie wychowałem. Dzięki ich animowanym adaptacjom w ogóle zacząłem się interesować japońską popkulturą, a później z wypiekami na twarzy śledziłem kolejne serie komiksowe. Pomimo upływu lat shoneny z Jumpa wciąż mi się nie nudzą i każda kolejna seria daje mi mnóstwo frajdy. Nie inaczej jest z Shokugeki no Souma, które pod tytułem Kulinarne Pojedynki wydaje u nas wydawnictwo Waneko.

Kulinarne Pojedynki to, jak można się domyślić, manga o gotowaniu. Jednocześnie jest to popularny shonen z Jumpa, i ma wszystkie elementy, jakie w takim shonenie powinny się znaleźć. Główny bohater, Souma Yukihira, ma marzenie. Chciałby stać się lepszym kucharzem niż jego ojciec, z którym razem prowadzą rodzinną restaurację. W tym celu Souma udaje się do elitarnej Akademii Ceremonii Parzenia Herbaty i Gotowania Tootsuki, gdzie jego umiejętności zostają poddane próbie. Spotyka tam obowiązkową dla shonenów, barwną galerię postaci, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, spośród których każdy czytelnik będzie mógł wybrać sobie ulubieńca. Za scenariusz serii odpowiada Yuto Tsukuda, a wspomaga go zawodowa kucharka Yuki Morisaki. Morisaki dba o autentyczność przygotowywanych przez bohaterów potraw, a Tsukuda bardzo zręcznie radzi sobie z pisaniem shonena. Kulinarne Pojedynki korzystają z wielu popularnych w tego typu mangach motywów i adaptują je na historię skoncentrowaną na gotowaniu. Każdy problem w Akademii można rozwiązać tytułowym kulinarnym pojedynkiem, który wygrywa się gotując lepsze danie. Najwyższą, poza dyrektorem, władzę w szkole sprawuje Elitarna Dziesiątka Tootsuki, grupa dziesięciu najlepszych uczniów, których Souma musi pokonać, aby stać się najlepszym, co bardzo przypomina np. Espadę z Bleacha. Pierwszy większy wątek fabularny to obóz integracyjny dla pierwszoroczniaków, mający sprawdzić ich umiejętności, co z kolei wywołuje mocne skojarzenia z egzaminem na chunina z Naruto. Niestety, śledzenie fabuły nie jest tu jakoś szczególnie angażujące, bo Souma to straszna Mary Sue i wszystko, czego się dotknie wychodzi mu wspaniale. Trochę mnie nudziło obserwowanie głównego bohatera, który bezstresowo idzie przez fabułę, jakby grał w grę wideo na najniższym poziomie trudności.

Na szczęście fabuła nie gra tutaj pierwszych skrzypiec, bo Kulinarne Pojedynki to przede wszystkim komedia ecchi, i zarówno elementy komediowe jak i ecchi są tutaj świetne, a często też jedne wynikają z drugich. Zdecydowanie Shokugeki no Souma jest jednym z najzabawniejszych komiksów jakie ostatnio czytałem. Humor często jest tutaj absurdalny, ale pomimo tego bardzo przystępny i w znacznej mierze oparty na stronie wizualnej mangi, dzięki czemu nic nie zostało zgubione w przekładzie. Poczucie humoru autorów jest też bardzo ciepłe, ich żarty nigdy nie są okrutne czy niesmaczne, a raczej opierają się właśnie na absurdzie sytuacji, charakterze jakiejś postaci, czy wyśmiewaniu mangowych schematów. Kulinarne Pojedynki to jedna z najśmieszniejszych mang na polskim rynku, a skoro nie mamy szans na wydanie Gintamy, to jest to najlepsza komedia z Weekly Shonen Jumpa jaką możemy przeczytać po polsku.

Jest to też bardzo fajne ecchi, a to za sprawą świetnych rysunków Shuna Saekiego. Przed rozpoczęciem prac nad Kulinarnymi Pojedynkami Saeki rysował hentaje, więc nic dziwnego, że rysowanie nagich pań i panów wychodzi mu dobrze, ale nie tylko sceny ecchi są tutaj atrakcyjne dla oka. Shokugeki no Souma to po prostu bardzo ładna manga, którą przyjemnie się ogląda, a elementów softporno jest w niej, wbrew pozorom, bardzo mało. Saeki ma rewelacyjną kreskę, projekty postaci są spoko, a przyrządzane przez bohaterów potrawy wyglądają przepysznie (nie polecam czytać na pusty żołądek). Narracja też stoi na wysokim poziomie, komiks bardzo dobrze się czyta, a wyczucie komediowe autorów jest perfekcyjne.

Muszę też pochwalić polskie wydanie, bo Waneko spisało się na medal. Tomiki są wydane w standardowym dla tego wydawnictwa formacie, standardowo też mają obwoluty, ale tłumaczenie mnie pozytywnie zaskoczyło. W mandze młodzieżowej, której bohaterami są młodzi ludzie, łatwo przesadzić ze stylizacją języka. Tak zdarza się np. w Bakumanie wydawanym przez to samo wydawnictwo. W Kulinarnych Pojedynkach udało się tego uniknąć i dialogi brzmią bardzo naturalnie. Brawa dla tłumaczki, pani Beaty Trojnar, bo wykonała świetną robotę. Podoba mi się też jak wydawnictwo rozwiązało problem tłumaczenia tytułu, bo oprócz dużego napisu "Kulinarne Pojedynki" na okładce jest również, zapisany mniejszymi literami, tytuł japoński, dzięki czemu zadowoleni są zwolennicy tłumaczenia tytułów oraz puryści, którzy wolą tytuły oryginalne.

Kulinarne Pojedynki to najfajniejsza manga, jaką ostatnio czytałem. Cudowny humor i śliczne rysunki składają się na serię, którą powinien znać każdy fan shonenów, a i osobom zazwyczaj stroniącym od tego typu komiksów Shokugeki no Souma może się spodobać. Miło widzieć, że shoneny z Jumpa trzymają poziom, a nawet ewoluują i robią nowe, ciekawe rzeczy, takie jak właśnie seria o gotowaniu (albo typowo amerykańskie superbohaterstwo, ale o tym więcej za jakiś czas). Polecam tę mangę z całego serca, bo dawno się tak nie uśmiałem podczas czytania komiksu.


Recenzja na podstawie pierwszych pięciu tomów serii. Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko.

sobota, 16 września 2017

Inspektor Akane Tsunemori


Psycho-Pass to kilka lat temu była duża rzecz w świecie anime. Serial napisany przez Gena Urobuchiego, zwanego przez fanów Urobutcherem, chwycił za serca widzów i krytyków na całym świecie. Coś tak popularnego nie mogło się skończyć na jednym sezonie, więc powstał sezon drugi, film kinowy, dwie mangi, kilka książek, oraz gra visual novel. W tej recenzji zajmę się pierwszą z mang, Inspektor Akane Tsunemori, której serializacja zaczęła się niemal równocześnie z emisją anime, i jest ona przełożeniem fabuły serialu na język komiksu.

Akcja mangi toczy się na początku dwudziestego drugiego wieku w dystopijnej Japonii, w której życiami wszystkich ludzi zarządza system zwany Sybillą. Sybilla przeprowadza „skan cymatyczny” mózgów wszystkich obywateli, a efektem tego skanowania jest tytułowy Psycho-Pass, na podstawie którego system określa np. jaki zawód przydzielić danej osobie, oraz, co najważniejsze w tej historii, jaki ktoś ma „współczynnik zbrodni”, czyli predyspozycje do popełnienia przestępstwa. Psycho-Pass manifestuje się kolorem: jeśli ktoś ma jasny i przejrzysty, to jest postrzegany przez społeczeństwo jako dobry obywatel, ale jeśli Psycho-Pass mętnieje, to znaczy, że „współczynnik zbrodni” danej osoby rośnie, a po przekroczeniu pewnego poziomu uznaje się ją za „utajonego kryminalistę”. W zależności od wysokości „współczynnika” odsyła się „utajonych” na terapię lub od razu eliminuje. Naszą bohaterką w tej rzeczywistości jest Akane Tsunemori, która właśnie skończyła szkołę z niesamowicie dobrymi wynikami i ma do wyboru wiele możliwych ścieżek kariery zaproponowanych przez Sybillę. Wybiera pracę, która nie została zaproponowana nikomu innemu z jej rocznika, czyli bycie Inspektorem w Biurze Bezpieczeństwa. Głównym zadaniem Inspektorów jest nadzorowanie Egzekutorów, czyli „utajonych kryminalistów” pracujących dla Biura w roli ludzi od brudnej roboty. Z początku wydaje się, że seria jest zwykłym proceduralem o grupie policjantów rozwiązujących kolejne zagadki, ale szybko okazuje się, że wszystkie badane przez nich zbrodnie są ze sobą powiązane osobą tajemniczego geniusza zła, który dyryguje pomniejszymi kryminalistami.

Inspektor Akane Tsunemori to bardzo wierna adaptacja anime. W porównaniu serial wypada lepiej i raczej rekomenduję zapoznanie się z wersją animowaną, ale manga również nie jest zła i z pewnością nikomu jej nie odradzam (no chyba, że się widziało anime i nie ma się ochoty na to samo po raz drugi, to trochę nie ma po co czytać). To trochę tak jak z filmowymi Watchmen. Adaptacja świetnego materiału źródłowego, pomimo kilku problemów, nadal może być czymś dobrym. Warto też dodać, że Inspektor Akane Tsunemori jako adaptacja ma dużo mniej problemów niż filmowi Watchmen, ale o tym za chwilę. Przede wszystkim Psycho-Pass, jak chyba wszystko, co wyszło spod pióra Urobutchera, jest dobrą historią. Kolejne przestępstwa rozpatrywane przez bohaterów są interesujące i w ciekawy sposób wykorzystują popularne w mandze i anime motywy. Ogólny pomysł na fabułę mocno przypomina Raport Mniejszości, w obu tych dziełach jest system pozwalający wykonać wyrok przed popełnieniem zbrodni oraz protagonista, który zaczyna w ów system wątpić. Psycho-Pass nie jest jednak kopią Raportu Mniejszości, bo pomimo wielu podobieństw rozgrywa ten pomysł trochę inaczej. Bardziej brutalnie i pesymistycznie, jak to u Urobutchera bywa.

Problemy leżą w warstwie graficznej. Psycho-Pass miał piękną animację studia Production I.G, a do narysowania Inspektor Akane Tsunemori zatrudniono niedoświadczoną artystkę Hikaru Miyoshi, dla której był to debiut (a w każdym razie najwcześniejsza praca według MALa i mangaupdates). Stylistycznie rysunki Miyoshi przypominają kreskę Akiry Amano, co jak najbardziej ma sens, bo Amano robiła projekty postaci do Psycho-Passa. I choć te rysunki na ogół są ładne, to czasami Miyoshi ma problemy z anatomią i w dziwne sposoby przestawia kości bohaterom. Narracja też jest taka sobie, choć tu pewnie wina leży po stronie scenarzystów podpisanych jako PSYCHO-PASS Committee. Wiele scen, które robiły wrażenie w animacji, w mandze wyszło po prostu nieczytelnie. Do tego dymki są czasem poukładane tak, że nie wiadomo kto co mówi. Niemniej jednak nie jest to jakoś strasznie brzydka manga, ale mogłaby być dużo ładniejsza, a wyszło trochę poniżej przeciętnej.

W Polsce Inspektor Akane Tsunemori wydaje Waneko, i ich wydanie również ma wady i zalety. Tomiki są w obwolutach, format jest trochę większy od standardowego, a na początku każdego tomu znajduje się kolorowa rozkładówka z bohaterami. Bardzo ładnie się to prezentuje. Niestety w środku jest trochę gorzej. Dialogi często brzmią nienaturalnie, miejscami brakuje przecinków, które potrafią się również pojawić w zupełnie niespodziewanych miejscach. W żadnym wypadku nie jest tak źle, że nie da się tego czytać, ale, podobnie jak z rysunkami, wyraźnie widać, że można było to zrobić lepiej.

Koniec końców Inspektor Akane Tsunemori jest mangą przyzwoitą. Świetna historia z anime pozostaje świetną, pomimo takich sobie rysunków. Fanom sajfajowych i cyberpunkowych mang jak najbardziej polecam. Jeśli ktoś bardzo chce ten komiks przeczytać, bo opis fabuły wydał mu się interesujący, to również nie powinien być zawiedziony. Jednak osoby niezainteresowane gatunkiem ani tą konkretną pozycją mogą sobie z czystym sumieniem Inspektor Akane Tsunemori odpuścić. Albo obejrzeć anime. 


Recenzja na podstawie pierwszych trzech (z sześciu) tomów mangi i znajomości anime. Jeśli w kolejnych tomach coś się drastycznie zmieni, wpis zostanie zaktualizowany. 
Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko.

czwartek, 7 września 2017

Murciélago, tom 1 - recenzja


źródło
W dobie mediów społecznościowych i agresywnego marketingu rzadko zdarza mi się – i pewnie nie tylko mi - poznawać jakiś tekst kultury, o którym wcześniej nie wiedziałem zupełnie nic. O mandze Murcielago autorstwa Yoshimury Kany mignęło mi na jakimś mangowym fanpage'u, że warto przeczytać, ale poza tym kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Zostałem miło zaskoczony, bo okazało się, że to bardzo dobra manga.

Kuroko Koumori, zaczynając już w dzieciństwie, zamordowała ponad siedemset osób. Miała jej zostać wymierzona kara śmierci, ale tuż przed wykonaniem wyroku ktoś ważny zmienił zdanie i w myśl zasady „jeśli chcesz złapać zabójcę, zatrudnij zabójcę” dał jej pracę. W ten sposób Kuroko została osobą od brudnej roboty na usługach rządu. Towarzyszy jej Hinako, śmiertelnie niebezpieczna, gdy prowadzi swoje Lamborghini Murcielago, i stereotypowo urocza mangowa dziewczynka, z obowiązkowym kosmykiem włosów sterczącym ku górze. Razem przeżywają różne przygody, jak np. polowanie na byłego wrestlera z narkotykowym problemem, który biega po mieście i morduje ludzi, a przy okazji wygląda kreska w piksel jak Hugo ze Street Fightera, który, przypominam, również jest wrestlerem.

Murcielago to pełen akcji seinen z elementami gore, yuri, oraz mnóstwem odniesień do popkultury - od drobnych, jak wspomnienie jakiejś nazwy z mitologii Lovecrafta, po większe, jak odtworzenie całej sceny z Pulp Fiction. Porównałbym go do Fairy Taila, bo choć są to mangi tak od siebie różne, jak to tylko możliwe, to podczas czytania obu towarzyszyły mi bardzo podobne uczucia. W obu przypadkach celem autora było stworzenie nieskrępowanego logiką czy sensem komiksu, który byłby po prostu fajny. Dzięki temu w obu tych mangach dzieją się rzeczy absurdalnie głupie, ale absolutnie mi to nie przeszkadza, bo frajda czerpana z lektury jest ogromna. Do tego Murcielago jest przeznaczone dla starszych odbiorców, więc pełno tu krwi i flaków, a dobre gore zawsze przyjmuję z radością. Fani rysowanych pań znajdą tu również sceny seksu, które może nie są tak śmiałe, jak w prawdziwych hentajach, ale wyraźnie autor nie musiał się za bardzo ograniczać.

Nie byłby to jednak tak świetny komiks, gdyby nie rysunki. Przede wszystkim storytelling stoi tu na bardzo wysokim poziomie. Pierwsze kilka stron przedstawiających Kuroko jako seryjnego mordercę jest genialne, a dalej jest równie dobrze. Kana stosuje ciekawe układy kadrów i ukazuje akcję z efektownych perspektyw, dzięki czemu manga jest bardzo widowiskowa. Ponadto same rysunki są miłe dla oka, a uroku dodają im ciekawe projekty postaci. W kontraście do stereotypowo wyglądającej Hinako stoi Kuroko, która jest bardzo przerysowana. Ma zbyt długie kończyny, zbyt długi język, jej czarne włosy sięgają niemal do ziemi, a od jej uśmiechu płaczą małe dzieci, a i dorosłym osobom może się zdarzyć (nie było takiej sceny, ale jestem pewien, że tak jest). Wygląda jak postać wyciągnięta prosto z horroru. Zresztą, to nie jedyna inspiracja Kany tym gatunkiem. Poszczególne sceny oraz przedstawione w nich rozczłonkowane ciała również wyglądają jak wyciągnięte żywcem z mang grozy. Jedynym minusem szaty graficznej jest kilka scen, które są trochę nieczytelne, ale dosłownie można je policzyć na palcach jednej ręki, więc nie stanowią dużego problemu.

Polskie wydanie to standard dla wydawnictwa Waneko. Tomik jest w ładnej obwolucie, a tłumaczenie jest na tyle przyzwoite, że spokojnie można czytać bez zgrzytania zębami. Pierwsze kilka stron jest kolorowych, a na kilku ostatnich, jak zwykle u Waneko, znajdują się reklamy. W tomiku oprócz podstawowych pięciu rozdziałów znajduje się również one-shot Pilot film of Murcielago oraz bonusowy rozdział erotyczny, żeby fani yuri się nie burzyli, że w całej mandze była tylko jedna scena seksu. Ogólnie wydanie jest bardzo porządne, i nie ma się do czego przyczepić.

Murcielago to kawał satysfakcjonującej, pulpowej rozrywki. Wyraźnie da się odczuć, że Yoshimura Kana świetnie się bawił podczas rysowania, i to udziela się również czytelnikowi. Jednocześnie nie jest to manga pozbawiona wad, bo o ile kilka mało czytelnych rysunków można przemilczeć, tak niektóre żarty są co najmniej niestosowne. Nie przysłaniają jednak wszystkich dobrych elementów Murcielago, a tych jest znacznie więcej.


Mangę do recenzji udostępniło wydawnictwo Waneko

niedziela, 3 września 2017

Od gangsterów do wampirów


Po serii zawodów zaserwowanej przez Netflixa chciałem obejrzeć w końcu coś dobrego, więc postanowiłem odświeżyć sobie film, który znam i lubię. Lubię campowe horrory, Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza, więc padło na Od Zmierzchu do Świtu. Okazało się, że ten film jest jeszcze lepszy, niż go zapamiętałem!

Bracia Gecko, Seth i Richie, właśnie obrabowali bank i uciekają do Meksyku. Młodszy z nich, Richie, to psychopatyczny morderca i gwałciciel, a starszy, Seth, to profesjonalny złodziej, który trzyma szaleństwo brata w ryzach. Obaj są przestępcami, więc oczywiście trudno sympatyzować z Sethem, a z Richiem się po prostu nie da. Po drodze porywają rodzinę Fullerów, i w nich widz już może ulokować jakieś pozytywne emocje. Jacob to pastor, który przestał kochać boga po śmierci żony, i razem z dwójką dzieci, Scottem i Kate, jest na wakacjach. Z ich pomocą bracia Gecko przedostają się przez granicę, i udają się do baru Titty Twister, gdzie o świcie ma się z nimi spotkać ich kontakt, Carlos. To pierwsza część, będąca filmem o gangsterach, a dzięki scenariuszowi Tarantino wywołuje mocne skojarzenia z Pulp Fiction. Jednak po pierwszej godzinie Od Zmierzchu do Świtu radykalnie zmienia klimat. Okazuje się, że w Titty Twister są wampiry, i nagle film staje się horrorem klasy B. Bardzo dobrym, naprawdę zabawnym horrorem klasy B, ze świetnymi postaciami drugoplanowymi. Przez tę pierwszą godzinę widzowie wystarczająco zapoznali się z braćmi Gecko i Fullerami, więc w Titty Twister dołączają do nich Sex Machine, motocyklista korzystający z pojawiającego się w różnych filmach Rodrigueza penisorewolweru, oraz Frost, weteran z Wietnamu. Zaś po stronie wampirów wyróżniają się królowa wampirów Santanico Pandemonium, barman Razor Charlie, i odźwierny baru Chet Pussy. Nie dowiadujemy się o tych postaciach wiele, więc ciężko powiedzieć, że są jakoś szczególnie ciekawe, ale są absolutnie przerysowane, i bardzo przyjemnie się je ogląda. Wielka w tym zasługa reżyserii Rodrigueza i dialogów Tarantino, bo poszczególne sceny są fenomenalne, a kwestie bohaterów to czyste złoto. Moją ulubioną sceną jest opowieść Frosta o Wietnamie, której wszyscy słuchają z takim zainteresowaniem, że nie zauważają, jak Sex Machine tuż za nimi zmienia się w wampira. Takie głupotki wypadają w tym filmie wspaniale, a najlepsza jest świadomość, że inni twórcy bardzo łatwo mogliby to spieprzyć.

Oprócz znakomitych scenarzysty i reżysera świetną robotę robią też aktorzy. George Clooney jako Seth ma niewyczerpane pokłady charyzmy. Quentin Tarantino nie tylko napisał scenariusz, ale też zagrał Richie'ego, i wypadł bardzo przekonująco jako psychol. W rodzinie Fullerów jest trochę kontrast, bo grający Jacoba Harvey Keitel jest bardzo dobry, Ernest Liu gra Scotta poprawnie, ale nic ponadto, a Juliette Lewis jest aktorskim drewnem, i wygłasza swoje kwestie niczym syntezator mowy. Normalnie to byłoby wadą, ale w głupich horrorach beznadziejne aktorstwo ma swój urok, i moim zdaniem to dobrze, że przynajmniej jedna osoba w tym filmie nie umie grać. Do tego pojawiają się aktorzy, którzy zawsze występują w filmach Rodrigueza. Cheech Marin gra aż trzy postaci, bo oprócz bycia Chetem Pussy pojawia się na chwilę w pierwszej części filmu jako strażnik graniczny, i w kilku ostatnich minutach jako Carlos. No i oczywiście, jako Razor Charlie, pojawia się Danny Trejo, i musicie wiedzieć, że Danny Trejo jako wampir to jedna z najbardziej zajebistych rzeczy jakie można zobaczyć. A Santanico Pandemonium gra Salma Hayek. Salma Hayek zawsze jest spoko.

Muzyka też jest bardzo fajna. Na tyle, że zasługuje na swój osobny akapit. Dominującym gatunkiem muzycznym jest w tym filmie teksański blues, pojawiają się też rockowe utwory. Motyw przewodni "Dark Night" The Blasters jest świetny, ZZ Top zawsze miło usłyszeć, a zespół Tito & Tarantula w barze Titty Twister robi bardzo fajną atmosferę, przede wszystkim swoim "After Dark" podczas tańca Salmy Hayek. Z inną muzyką ten film nie miałby tak fantastycznego klimatu.

Tak naprawdę są to dwa filmy w jednym, i w tym przypadku nie jest to zarzut, bo w obu gatunkach Od Zmierzchu do Świtu jest świetne, a przejście między nimi jest cudowne. Śmiem twierdzić, że lata dziewięćdziesiąte to najlepszy okres w twórczości Rodrigueza, no bo pierwszy Maczeta jest spoko, te filmy dla dzieci też są fajnymi filmami dla dzieci, ale do zajebistości Desperado czy właśnie Od Zmierzchu do Świtu trochę im brakuje. Nie bez powodu Od Zmierzchu do Świtu osiągnęło status filmu kultowego. Jest to jeden z najlepszych komediowych horrorów jakie powstały, i spokojnie można go postawić obok Armii Ciemności czy Zombielandu.

sobota, 26 sierpnia 2017

Notatnik Śmierdzi


Z hollywoodzkimi ekranizacjami anime jest trochę tak, jak z ekranizacjami gier. Powstają rzadko, a te które istnieją są raczej słabe. Największym grzechem takich adaptacji jest niezrozumienie materiału źródłowego, i dokładnie to stało się przy Death Note, nowym filmie produkcji Netflixa wyreżyserowanym przez Adama Wingarda. W oryginalnym Notatniku Śmierci bóg śmierci Ryuk zrzucił tytułowy notatnik na ziemię, bo się nudził. To była jego motywacja, he did it for the lulz. Zeszyt znalazł genialny nastolatek Light, i możliwość zabicia kogokolwiek zrobiła z niego socjopatę z kompleksem boga, który zabijając wszystkich przestępców chce stworzyć nowy, lepszy świat. Na przeciw staje mu genialny detektyw ukrywający się pod pseudonimem L. Rdzeniem Death Note'a jest pojedynek tych dwóch wielkich umysłów, z których każdy uważa, że reprezentuje sprawiedliwość. Rdzeniem Netflixowego Death Note'a jest straszny potwór. Daleko mi do purysty. Podobał mi się pomysł przeniesienia akcji do Seattle, a zmianę koloru skóry L'a przyjąłem z entuzjazmem (reprezentacja!), jednak najważniejsze elementy, które sprawiają, że Death Note jest Death Note'em, powinny zostać zachowane, a film Wingarda wszystko robi nie tak, jak powinien.

Będą spoilery, ale film i tak jest do dupy

W oryginale Light Yagami był socjopatycznym geniuszem, który przez cały czas był panem sytuacji, przewidywał ruchy przeciwnika, i bez skrupułów wykorzystywał sprzymierzeńców, a jego motywacją było stworzenie nowego świata, w którym byłby bogiem. Motywacją Lighta Turnera było zaruchać, więc pierwszą rzeczą, jaką zrobił po zdobyciu notatnika, było pokazanie go dziewczynie, która mu się podoba. W ten sposób do historii została wprowadzona Mia Sutton, tutejszy odpowiednik Misy Amane. Relacja Lighta Yagamiego i Misy Amane przypominała trochę relację Jokera i Harley Quinn z komiksów DC: geniusz zła i zakochane w nim bez pamięci narzędzie. Niestety Light Turner jest niezdecydowaną cipą, która wszystkiego się boi, więc to Mia Sutton przejmuje rolę psychola, który zabije każdego, kto stanie mu na drodze. Razem zaczynają zabijać przestępców i „tworzyć nowy świat”, ale w pewnym momencie Light stwierdza, że jednak się trochę cyka, więc Mia przejmuje inicjatywę, zabija bez jego wiedzy, a w końcu chce przejąć notatnik dla siebie. Z kolei Ryuk został zdegradowany do poziomu kolejnego potwora z kolejnego horroru, który cały czas stoi w cieniu, nigdy nie pokazuje twarzy, i regularnie grozi śmiercią głównemu bohaterowi. W ogóle wszyscy traktują Lighta jak szmatę, a najgorsze jest to, że w pełni na takie traktowanie zasłużył. Oprócz bycia cipą Light jest również skończonym idiotą, i robi wszystko, żeby ułatwić L'owi pracę, zaczynając od pochwalenia się notatnikiem koleżance, a na oszczędzeniu własnego ojca kończąc. Anime było ciekawe, bo było wielką grą, a w filmie L wygrywa w trzech ruchach. Generalnie L przez większość czasu jest najjaśniejszym punktem filmu. Jest inteligentny, dziwny, mało sypia, i je dużo słodyczy. Zupełnie jak w anime. A później nadchodzi finał.

Death Note jest gównianą adaptacją. Jest też po prostu słabym, niespójnym filmem, który zupełnie nie trzyma się ustalonych przez siebie zasad. Im dalej w las, tym więcej zastosowań ma notatnik, aż w końcu może zrobić absolutnie wszystko, co zostanie w nim zapisane. W finale film próbuje też wmówić widzom, że tak naprawdę to Light Turner jest mądry i potrafi knuć takie intrygi, jak Light Yagami w anime. Szkoda, że zaczął to robić pod koniec filmu, kiedy wszyscy już dawno wiedzą, że to on zabijał. Za to L pod koniec robi się głupszy. Nagle ten genialny detektyw biega za Lightem z pistoletem w dłoni, a później rozważa zabicie go za pomocą dziennika, co kompletnie nie pasuje do tej postaci. L chciał powstrzymać Lighta właśnie dlatego, że zabijanie jest złe, i nagle mamy uwierzyć, że sam chce się zniżyć do poziomu swojego przeciwnika? I ain't buyin' that shit. Nie dowiadujemy się jednak czy to zrobił, bo film się kończy. Lubię otwarte zakończenia, ale w tej historii jest ono okropnie niesatysfakcjonujące, i implikuje, że L jest hipokrytą.

Mam wrażenie, że zawinił tu tak długi okres produkcji, bo Death Note sporo czasu spędził w development hell. Oprócz głupot w finale pojawia się też w scenariuszu dziwny plot twist. Otóż Mia zabija policjantów. Od początku wiadomo, że to Mia, ale Light z jakiegoś powodu myśli, że to Ryuk, a Ryuk nie wyprowadza go z błędu. Później film o tym zapomina i Mia przeprasza Lighta, a następnie jest wielki reveal, w którym okazuje się, że to Mia zabijała (gasp). Straszny bałagan jest w tym scenariuszu. A szkoda, bo technicznie film jest całkiem niezły. Zdjęcia są ładne, montaż jest przyzwoity, i efekty specjalne są zadowalające. Widać, że Wingard umie w horrory, a Netflix rzucił trochę dolarów, dzięki czemu film nie jest tak okropnie niskobudżetowy, jak japońskie adaptacje Death Note'a. Pieniążków starczyło też na dobrych aktorów, więc tym razem w filmie nie występują cosplayerzy (te japońskie filmy serio były złe). Willem Dafoe to perfekcyjny Ryuk, Lakeith Stanfield też świetnie wypada jako L. Trochę w ich cieniu jest Margaret Qualley, która wypada przekonująco, ale już tak nie błyszczy. I tylko Nat Wolff na ich tle wygląda słabo, bo robi z Lighta jeszcze większą cipę niż już zrobili scenarzyści. Za to muzyka też jest spoko. W każdym razie original score, w którym nawet pojawia się nawiązanie do anime. Licencjonowane piosenki są... dziwnie dobrane. Np. jedna z ostatnich scen, na diabelskim młynie, dzięki muzyce jest przekomiczna, i nie wiem, czy to zamierzony efekt, czy wypadek przy pracy.

Widać, że było w tym filmie trochę potencjału, jednak szereg złych decyzji na etapie produkcji wyrzucił ten potencjał do kosza. Znowu się nie udało, kolejna adaptacja anime posysa, hollywood nie uczy się na błędach. Battle Angel Alita pewnie też będzie niewypałem, a plotkom o powstaniu Akiry nawet nie chcę już wierzyć. Szkoda, bo np. japoński Rurouni Kenshin udowadnia, że można zrobić to dobrze.

sobota, 19 sierpnia 2017

Bieda Avengers, czyli Defenders


Poziom Netflixowego zakątka MCU spada z każdym kolejnym serialem, ale zawsze mam nadzieję, że ten kolejny będzie dobry. A Defenders mieli wszelkie predyspozycje, żeby być czymś co najmniej fajnym. Mniejsza ilość odcinków zapowiadała brak nudnych dłużyzn, nareszcie czworo głównych bohaterów poprzednich seriali miało się spotkać, i w końcu miał zostać zamknięty wątek Hand, czyli najgorsza rzecz, jaka przydarzyła się zarówno Daredevilowi, jak i Iron Fistowi. Akceptowałem gówniane elementy tych seriali (no, Iron Fist miał więcej gównianych elementów, ale dziś nie o tym) tylko i wyłącznie jako set up pod Defenders, w których chciałem dostać satysfakcjonujący pay off. A dostałem jeszcze więcej tego samego gówna. Źli ninja wrócili, Elektra razem z nimi, i trzeba ich powstrzymać, bo jak nie, to w Nowym Jorku wydarzy się... coś. Coś niedobrego z pewnością, miasto upadnie, źli ninja często mówią, że miasto upadnie, ale zapominają dodać w jaki sposób, albo chociaż czemu. Nieważne, nowojorscy superbohaterowie muszą ich powstrzymać. Chociaż wolałbym oglądać, jak robią cokolwiek innego, wszystko byłoby ciekawsze niż ten serial.

Będą spoilery.

Oesu, jakie to jest złe. Oczekiwałem serialu opartego na bohaterach, którzy nareszcie się spotkają, i będą się tworzyły między nimi relacje, będą razem walczyć z niemilcami, będzie jakaś fajna dynamika w tej grupie. No. Nie ma. W każdym razie nie ma nic ponadto, co widzieliśmy w trailerach. Matt, Jessica, Luke i Danny spotykają się wszyscy razem dopiero w trzecim odcinku (warto dodać, że spotykają się totalnym przypadkiem, co jest durne), później szybko się rozdzielają, i schodzą się dopiero w odcinku ostatnim. Kto wpadł na ten genialny pomysł, i dlaczego jeszcze nie stracił pracy? Co prawda często widzimy na ekranie dwoje, albo nawet troje bohaterów, co daje jakiś posmak oglądania drużyny, ale nawet tym nie można się nacieszyć, bo przecież trzeba dać jak najwięcej czasu ekranowego Elektrze i Sigourney Weaver. Elektrze, której po drugim sezonie Daredevila nikt nie lubi, a postać Sigourney Weaver, Alexandra, też nie jest jakoś szczególnie interesująca. Na początku jest sztampową, tajemniczą, złą panią, która elegancko się ubiera i słucha muzyki klasycznej. Później poznajemy jej backstory i okazuje się, że było lepiej, gdy była tajemnicza. Otóż Alexandra jest jednym z pięciu założycieli Hand, podobnie jak znani nam już Madame Gao i Bakuto, jakiś czarny koleś z akcentem powielający schemat, że czarny umiera pierwszy, i Murakami, Japończyk, który nie lubi mówić po angielsku. Hand, podobnie jak sama Alexandra, było ciekawsze, gdy było tajemnicze, i moim zdaniem pokazanie założycieli złej organizacji złych ninjów odbiera jej trochę uroku. To trochę tak, jak z Mocą i Midiplemnikami. Nie trzeba było tego wyjaśniać, tajemnica ma swój urok! Wracając: Hand potrzebują Elektry, która jest Black Sky, bo coś tam, a później jednak potrzebują Iron Fista, bo inne coś tam. Po kolei. Wcześniej Hand potrzebowało Black Sky, i w Daredevilu w końcu je zdobyli. Nadal nie wiadomo czym jest Back Sky, co robi, i o co w ogóle z tym chodzi. Serio, to się nie wyjaśnia. I to jest głupie, bo Elektra, będąca tą straszną bronią Hand, zabija mnichów z K'un-Lun, ale ona jest wyszkolona do walki. Już widzę, jak ten wychudzony mały chłopczyk Black Sky z pierwszego sezony Daredevila zabija kogokolwiek. O co chodzi z Black Sky do cholery? Najwyraźniej #nikogo, chodźmy dalej. Aby wskrzesić Elektrę założyciele Hand zużyli resztkę „substancji” potrzebnej do wskrzeszania, przez co nie są już nieśmiertelni. Zatrzymajmy się tu na moment. Z tego co pamiętam, w Iron Fiście Faramir nie potrzebował magicznego soczku żeby zmartwychwstać, wystarczyło trochę poczekać, a przecież był tylko jakimś leszczem na usługach Hand. Teraz nagle sami założyciele Hand są od niego słabsi? Co tu się? Anyway, walić Black Sky, jak Hand je już zdobyli, to stwierdzili, że już tego nie potrzebują. Teraz Hand potrzebują Iron Fista, bo tylko on może otworzyć drzwi do jaskini, w której jest strasznie potężne coś, czego Hand chce, bo jest straszne i potężne też. Nie mogli sobie sami zrobić drzwi do tej jaskni w innym miejscu? Mogli zrobić podkop, albo wejść jakoś od góry, albo z drugiej strony, ale nie, muszą koniecznie wejść tymi jedynymi drzwiami, do których otwarcia potrzebny im Danny, bo inaczej nie byłoby fabuły. W końcu Danny te drzwi otwiera, i okazuje się, że leżą tam kości smoka, z których Hand chyba chcą wydobywać magiczny soczek. Chyba, bo nie jest jasno powiedziane czego chcą od tego smoka, ale coś nim wiercą, więc wydobywanie magicznego soczku jest najbardziej logicznym wnioskiem. Nie wiem tylko, w jaki sposób Nowy Jork ma od tego upaść, a dosłownie co chwilę ktoś powtarza, że miasto upadnie. „Hej, ci goście, którzy żyją od setek lat będą mogli żyć dalej! Onje, nasze miasto tego nie wytrzyma!”.

Ten serial jest głupi. Czym jest Black Sky? Co Hand chcieli osiągnąć? O co chodziło z trzęsieniem ziemi na początku? Nie wiadomo, ale fajnie się leją, nie? Też nie. Walki nie są aż tak złe jak w Iron Fiście, ale nadal panuje w nich absolutny chaos i przez większość czasu nie wiadomo co się dzieje. Dialogi też są złe. Co chwila zgrzytałem zębami, bo ludzie tak nie mówią. Najbardziej irytujący pod tym względem jest Murakami, który mówi tylko po japońsku, a wszyscy odpowiadają mu po angielsku, i nikt nie ma z tym problemu. Alexandrze dwa razy zdarza się powiedzieć do niego coś po japońsku: za pierwszym razem jest to jakaś formułka Hand, a za drugim nazywa go „baka”. Swoją drogą, gdyby Alexandra była tsundere, to cały serial byłby dużo lepszy. Jednak słabe dialogi nie są najgorsze. Scenariusz sięga dna, gdy próbuje być zabawny. Co prawda dzieje się to bardzo rzadko, bo Defenders przez większość czasu mają kij w dupie, ale gdy już pojawia się humor, to albo jest po prostu nieśmieszny, albo wręcz żenujący. Jak na przykład cyniczne teksty Jessici Jones, które zostały sprowadzone do poziomu cynicznej, owszem, pięciolatki, albo Stick, który w pewnym momencie zachowuje się jak Toph z Avatara. Dosłownie, został tu powtórzony żart o byciu ślepym z serialu animowanego sprzed dziesięciu lat. I był śmieszny, dziesięć lat temu. Wiecie, co jeszcze jest śmieszne? To, że ci scenarzyści mają pracę. W ogóle za produkcję tego serialu wzięli się ludzie co najmniej średnio kompetentni. Kamera fruwa, jakby operator nie mógł przebywać w jednym miejscu przez więcej niż kilka sekund, a montaż... O scenach walk już mówiłem, są chaotyczne jak cholera, ale o co chodzi z tymi przejściami? Gdy perspektywa przenosi się z jednej postaci na drugą widzimy krótkie ujęcia, najczęściej pokazujące pociągi, w dziwnej ramce. Rozumiem sam cel tego zabiegu, miał pokazać widzowi przemieszczanie się w przestrzeni, ale w Nowym Jorku jest chyba trochę więcej ciekawych wizualnie rzeczy niż pociągi. I co z tą ramką? Nie mówię, że ten zabieg montażowy jest fundamentalnie zły, ale jest dziwny, i na pewno dałoby się to zrobić lepiej.

Jeśli miałbym powiedzieć o tym serialu cokolwiek pozytywnego, to scena, w której Elektra zabija Alexandrę jest fajna. Ucieszyłem się, że nie trzeba było czekać do ostatniego odcinka żeby się od niej uwolnić. Lubię Sigourney Weaver, ale, niestety, kompletnie nie miała tu czego zagrać. Alexandra jest irytująca, wygłasza swoje irytujące kwestie, i generalnie, jako villainowi, bliżej jej do Diamondbacka niż Kilgrave'a. Nieciekawa jest po prostu. Z drugiej strony, jej miejsce przywódcy Hand zajmuje Elektra, a ona jest jeszcze gorsza, więc może to nie był aż tak dobry deal. Ale scena śmierci Alexandry była fajna, i była to jedyna fajna scena, której nie było w trailerach. Poza tą jedną chwilą, wszystko co chociaż trochę dobre w tym serialu, jak scena, w której Defenders wszyscy razem siedzą w restauracji i rozmawiają, albo finałowa walka, było pokazane przed premierą. Nie no, fajny marketing, nie trzeba oglądać całego serialu.

Defenders to zdecydowanie najgorszy element Netflixowego MCU. Nawet w Iron Fiście było kilka fajnych scen, a i jakiś ciekawy wątek się znajdzie (Meachumowie), a w Defenders nie ma nic. Ten serial jest nudny, głupi, bezsensowny, i okropnie niesatysfakcjonujący, a szkoda, bo przecież miał tyle potencjału! Widać to chociażby w scenie w restauracji, albo podczas finałowej walki, w której bohaterowie faktycznie są drużyną i zachowują się jak drużyna. Zamiast większej ilości takich fajnych scen dostaliśmy genezę Hand, Elektrę, i fabułę pełną dziur. Fuck it, I say, and fuck Netflix too.

PS. Czy tylko ja miałem nadzieję, że podczas ostatniej walki Daredevila z Elektrą na Elektrę spadnie winda upuszczona przez Jessicę Jones? Naprawdę na to czekałem, a ta cholerna winda w ogóle nie spadła :c

wtorek, 8 sierpnia 2017

Evil is not Dead


Banda dzieciaków jedzie imprezować w domku w lesie, gdzie, oczywiście, dzieje im się krzywda. To schemat, który zawsze przyjemnie mi się ogląda. The Cabin in the Woods z Chrisem Hemsworthem to jeden z moich totalnie ulubionych filmów tej dekady, świetnie się bawiłem na niedawno odkrytym Tucker and Dale vs Evil, a franczyza Evil Dead to jedna z moich ukochanych serii kinowo-telewizyjnych ever. I właśnie o Evil Dead dzisiaj chciałbym pomówić, bo, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych filmów, Martwe Zło nie kończy się na leśnej masakrze i pokazuje dalsze losy jej uczestników (no dobra, jednego uczestnika, you get the idea).

Obejrzałem drugi sezon Ash vs Evil Dead, i właśnie z tej okazji jest notka, bo uderzyło mnie, jak bardzo zajebisty jest ten serial. Oczywiście był zajebisty od samego początku, ale zdążyłem o tym zapomnieć, bo od pierwszego sezonu minęło trochę czasu, a drugi trochę mi umknął. Ale nadrobiłem! I teraz żałuję, że tak długo zwlekałem, bo to najlepszy serial jaki widziałem od kwietnia (wtedy był Dirk Gently). I was też zachęcam do obejrzenia, więc opowiem o całości, a nie tylko o drugim sezonie.

Ash vs Evil Dead olewa reboot z 2013 roku (co sam również zrobiłem, i nawet nie widziałem, rebooty są meh), i kontynuuje historię Asha w takim samym tonie, w jakim zrobiona była Armia Ciemności, czyli totalne heheszkowanie ze wszystkiego i zero strachu, w przeciwieństwie do pierwszego Evil Dead, które jeszcze nie było komedią, a całkiem poważnym horrorem. Co prawda straszne, horrorowe sceny jak najbardziej w tym serialu są, ale lekka atmosfera całości odbiera im całą grozę. Jednak first things first: Ash wrócił! Po trzydziestu latach wolnego od demonów życia, będąc pod wpływem substancji psychoaktywnych wpadł na pomysł, że czytanie Necronomiconu to dobry plan na spędzenie wieczoru z prostytutką. No i gówno znowu wpadło w wiatrak, i Ash znów musi walczyć ze złem. Jednak serial to nie trwający osiemdziesiąt minut film, więc oprócz radosnej rzezi i głupich, acz przezabawnych gagów trzeba było napisać jakąś fabułę. I scenarzyści dostarczyli. Oczywiście głównym celem Asha jest przepędzenie zła i przywrócenie wszystkiego do normy, ale teraz oprócz szeregowych demonów pojawia prawdziwy czarny charakter, Ashowi towarzyszy dwoje sidekicków, i historia jest o wiele mniej kameralna. W pierwszych dwóch filmach bohaterowie siedzieli w chatce w lesie, w Armii Ciemności był zamek i okolice, a w serialu pierwszy sezon jest opowieścią drogi, a drugi rozgrywa się w rodzinnym miasteczku Asha, co daje o wiele szerszą perspektywę na świat przedstawiony. Bardzo fajnie to zadziałało, i dało powiew świeżości serii, nawet pomimo ton fanserwisu (spoiler, wrócimy do chatki). Warto też wspomnieć, że zakończenie pierwszego sezonu jest dość niestandardowe, i wiele mówi o postaci Asha.

W pierwszym filmie Ash był zwyczajnym chłopakiem, który okazywał jak najbardziej zdrowe przerażenie na widok demonów, ale raczej był nieskory do przemocy. A później zabił swoich przyjaciół, jeszcze jakichś przypadkowych ludzi, aż w końcu został bohaterem w średniowieczu. Coś takiego zostawia ślad. Po trzydziestu latach znów go widzimy, uciekającego od przeszłości w imprezy, używki i przygodny seks. A jednak nie zmienił się za bardzo od Armii Ciemności, nadal jest tym "cool" kolesiem z piłą zamiast jednej dłoni i bumpatykiem w drugiej, który bez wahania zabija kolejne potwory. I dupkiem. No i tym razem nie siedzi w domku w lesie, ani nie jest w średniowieczu, tylko przebywa między ludźmi, nie zdającymi sobie sprawy z istnienia demonów. No, przynajmniej dopóki te się nie pojawią. Bardzo mi się spodobało, że np. w swoim rodzinnym miasteczku Ash jest znany jako Ashy Slashy, wariat, który zamordował przyjaciół. Ciekawe jest takie inne spojrzenie na znanego od dawna bohatera.

Reszta postaci też daje radę. Prawdziwa tożsamość Ruby, pani villain granej przez Lucy Lawless (szerzej znana jako Xena: Wojownicza Księżniczka), jest z początku tajemnicą, więc nie będę spoilował. Powiem tylko, że jest to całkiem kompetentny villain. Może bez rewelacji, ale jednak Ruby jest o wiele lepsza od bezimiennych deadite'ów. A w drugim sezonie pojawia się ktoś z jeszcze wyższej półki, ale ciii, no spoilers. Oprócz czarnych charakterów jest też para sidekicków Asha, Pablo i Kelly, którzy z początku pracowali razem z nim w supermarkecie ValueStop. Pablo wierzy, że Ash to Jefe, człowiek, który stanie naprzeciw złu. Czyli, basically, jest jego fanem, więc wyrusza razem z nim bić demony, choć, w przeciwieństwie do swojego idola, nie jest jakoś szczególnie odważny i ma skłonności do panikowania. Nie jest jednak totalną pipą i działa kiedy trzeba, więc absolutnie jest bardziej sympatyczny niż irytujący. (Przy okazji, Pablo ma najdziwniejszą fryzurę ever. Serio, prawa fizyki nie działają na te włosy.) Za to Kelly dołączyła do Asha z bardziej osobistych powodów, i jest najmniej przerysowana z całej trójki. Czyli nadal bardzo, ale mniej niż Ash i Pablo. Oboje bardzo dobrze sprawdzają się jako dopełnienie głównego bohatera, który samotnie był spoko w filmach, ale w pięciogodzinnym sezonie serialu mógłby po jakimś czasie nudzić, a interakcje z pomocnikami temu zapobiegają.

Gadam o bohaterach, a przecież w Evil Dead najważniejszy jest klimat, i pod tym względem Ash vs Evil Dead jest sequelem Army of Darkness. Squelem w stylu Cliffa Bleszinski, czyli bigger, better, more badass, i dla fanów jest to idealny stan rzeczy. Humor jest podobny, ale jest bardziej. Bardziej obrzydliwy, bardziej bezpośredni, bardziej okrutny, bardziej zabawny. Umiejscowienie akcji w bardziej zróżnicowanych lokacjach pozwoliło scenarzystom na wykorzystanie większej ilości ciekawych motywów, co zaowocowało zgrywą z przeróżnych horrorowych klisz, czego absolutnym highlightem są dwa cudowne odcinki w obskurnym szpitalu psychiatrycznym. Całości dopełnia warstwa techniczna. Banałem będzie stwierdzenie, że technologia w 2015 (bo wtedy rozpoczęła się emisja pierwszego sezonu) jest trochę lepsza niż w latach '80 i '90, więc oczywiście, że serial wygląda dużo lepiej niż poprzedzające go filmy. I tylko nagle, na tle tych porządnych efektów i większej ilości aktorów, zaczyna być bardziej widoczne, że Bruce Cambell nie umie grać. Nigdy nie umiał, i nie jest to zarzut, nie wymagam wiele od aktora w horrorze klasy B, po prostu troszeczkę gryzie się to z poziomem wszystkiego innego.

Ash vs Evil Dead to dokładnie to, na co czekali fani serii. A nawet jeśli nie czekali, to dostali mnóstwo dobrej zabawy. Jednocześnie to w żadnym wypadku nie jest miejsce, w którym można zacząć swoją przygodę z tą marką. Znajomość filmów, chociaż pobieżna, jest wymagana, żeby wszystko zrozumieć, więc jeśli ktoś ich nie widział, to zachęcam, bo nadal są bardzo dobre. A serial, aż się powtórzę, jest zajebisty, więc zachęcam jeszcze bardziej. Z zastrzeżeniem, że jest kierowany do bardzo konkretnej grupy odbiorców, więc jeśli ktoś nie lubi czarnego humoru, horrorów klasy B, czy nawet trylogii filmów Raimiego, to Ash vs Evil Dead nie jest przełomowym dziełem, po którym zmieni zdanie. Jest dobrym sequelem, ale nic ponad to. I dobrze, ja bawiłem się zajebiście.

niedziela, 16 lipca 2017

Hyper Light Zelda i choroby serca


Opowiem wam dzisiaj czemu powinniście zagrać w Hyper Light Drifter, ale zanim zacznę mówić o samej grze, wypada powiedzieć kilka słów o jej twórcy. Alex Preston od zawsze ma poważne problemy ze zdrowiem, od wrodzonej wady serca zaczynając, po mnogość problemów z układem odpornościowym i trawiennym, przez co często ląduje w szpitalu w stanie bliskim śmierci. W sercu ma rozrusznik i sztuczną zastawkę, przez co co pół roku chodzi do kardiologa na kontrolę, i stąd właśnie wzięła się nazwa jego studia, Heart Machine, a zmaganie się z chorobą zainspirowało jego debiutancką grę. Nie jest to jednak „gra-przeżycie” czy „niegra”, jak wiele popularnych produkcji w ostatnich latach. Hyper Light Drifter to pełnokrwista gra akcji w stylu wczesnych lat dziewięćdziesiątych.

Główny bohater jest Drifterem, poszukiwaczem zaginionej wiedzy i starożytnych technologii. Pokasłując krwią co kilka kroków przemierza świat w poszukiwaniu lekarstwa na dręczącą go chorobę. Musimy się tego albo domyśleć, albo wyczytać w internetach, bo HLD jest cudowną grą, która niewiele mówi wprost, sporo zostawia wyobraźni graczy, i opowiada swoją historię w sposób, na jaki tylko gry mogą sobie pozwolić. Kilka niejasnych informacji dostajemy w filmiku otwierającym grę, a później to już samo mięcho dla fanów snucia teorii i analizowania każdego piksela, bo dużą część historii opowiada otoczenie. Na podstawie rozrzuconych po lokacjach rzeczy, takich jak trupy, większe trupy, czy pozostałości po bitwach, musimy się domyślić co tam zaszło, i jest to o wiele bardziej satysfakcjonujące niż po prostu eNPeC wyjaśniający całą historię. W ogóle w HLD nie pada ani jedna linijka dialogu, choć czasem eNPeCe coś mówią. Gra sprytnie korzysta tutaj z poetyki komiksu, i zamiast tekstu wykorzystuje sekwencje obrazów w prostokątnych dymkach aby coś powiedzieć. Dla naprawdę dociekliwych graczy znajdzie się jednak słowo pisane. Na sprytnie ukrytych w świecie gry kamiennych płytach, zapisane specjalnym alfabetem, który trzeba sobie rozszyfrować. Hyper Light Drifter opowiada swoją historię w jeszcze bardziej enigmatyczny sposób niż seria Souls, i to jest piękne. Ten sposób narracji wymaga od gracza zaangażowania, czym w pełni wykorzystuje możliwości interaktywnego medium, a to o wiele ciekawsze niż tony ekspozycji fabularnej w niekończących się dialogach i przerywnikach filmowych. Nie chcę powiedzieć, że polegające głównie na czytaniu cRPGi, czy gry „filmowe” są słabe, bo np. The Last of Us jest zajebiste, ale cały swój główny wątek podaje na tacy. W dobie rozleniwienia graczy i gier, które można przejść mashując przyciski z zamkniętymi oczami, niesamowicie przyjemna i satysfakcjonująca jest gra, w której nawet żeby poznać fabułę trzeba się wysilić.

Trzeba się wysilić jeszcze bardziej, żeby w ogóle HLD przejść, bo jest to gra trudna. Preston twierdzi, że główną inspiracją były dla niego The Legend of Zelda: A Link to the Past i pierwsze Diablo. W żadną z nich nie grałem (a Diablo 3 jest nudne!!1!one), ale na pierwszy rzut oka HLD bardziej się skłania w stronę Zeldy, bo gra jest dwuwymiarowa, a akcję obserwujemy z góry. Podczas swoich poszukiwań Drifter trafia do miasta, z którego może wyjść do czterech krain, a tam są pełne przeciwników dungeony, pierdyliard sekretów i znajdziek, i boss czekający na końcu każdej krainy. Retro feeling is strong in this one. I, oesu, jak to wszystko jest świetnie zaprojektowane! Nieskomplikowana, ale wymagająca mechanika walki, polegająca na precyzyjnym dashowaniu, i naprzemiennym wykorzystywaniu broni białej i palnej działa perfekcyjnie, i trochę daje mi Souls vibes, bo wymaga ciągłej ostrożności i skupienia, ale zawsze jest sprawiedliwa, więc za każdą śmierć gracz sam jest sobie winien. A ginie się często, bo HLD może i jest sprawiedliwe, ale też surowe, więc za każdy błąd gracza czeka kara, co już w trybie standard (tutejszy normal) sprawia, że gra jest bardzo przyjemna i satysfakcjonująca, ale prawdziwa zabawa zaczyna się na New Game +. Pierwszy raz od bardzo dawna biłem bossa przez dwie godziny, nie chcąc odpuścić, dopóki się nie udało.

Do ery 16-bitów Hyper Light Drifter odwołuje się nie tylko gameplayem, ale też stylistyką. Grafika to śliczny, kolorowy pixelart, a muzykę skomponował Richard „Disasterpeace” Vreeland, znany fanom gier indie z kultowego już Feza. Muszę przyznać, że oprawa audiowizualna była jedną z rzeczy, które przyciągnęły mnie do tej produkcji, bo jest przepiękna. Nie mogę się napatrzeć na te pikselkowe tła, design w klimacie sci-fi nawiązującym trochę do filmów Studia Ghibli (Nausicaa i Laputa) robi ogromne wrażenie, a muzyka Disasterpeace'a to jakość sama w sobie. No i animacja śmiga w płynnych sześćdziesięciu klatkach na sekundę (po aktualizacji 1.03), a to w grze akcji jest ważne. Niestety, technikalia nie są idealne, bo HLD ma problem z wyświetlaniem filmików, i próbując wyświetlić zarówno intro jak i outro gra mi się zawiesiła. Aby to naprawić trzeba było tylko zastosować najprostszą informatyczną sztuczkę, czyli wyłączyć i włączyć aplikację - nawet nie musiałem resetować konsoli - ale aby obejrzeć filmik kończący musiałem pokonać ostatniego bossa po raz drugi, bo checkpoint był przed walką. Jest to mały błąd nie rzutujący za bardzo na odbiór całości (walka z ostatnim bossem jest zajebista, dajcie mi go nawet dziesięć razy), ale niestety jest obecny.

Hyper Light Drifter urwało mi głowę. Uwielbiam gry, w które się gra, a dzieło Alexa Prestona i studia Heart Machine jest dokładnie taką grą; wymaga dużo zaangażowania, ale daje za nie jeszcze więcej satysfakcji. Jest też bardzo osobistą historią o zmaganiu się z chorobą pod przykrywką bajkowego sci-fi w stylu wczesnych filmów Miyazakiego, która wykorzystuje bardzo grową narrację i nie mówi wszystkiego wprost. Chciałbym, żeby jak najwięcej osób w HLD zagrało, co nie powinno być trudne, bo gra wyszła na PeCety, PS4 i X1, i nawet tę dziwną konsolkę z androidem, o której nikt już nie pamięta (Ouya). Zagrajcie, a później powiedzcie znajomym żeby zagrali, bo warto jak cholera.

PS. Przy okazji chciałbym polecić podcast Inside Baseball, z którego dowiedziałem się o istnieniu Hyper Light Drifter.

sobota, 8 lipca 2017

Hugo

fragment okładki, całość tutaj

Lubię komiksy frankofońskie. Zdecydowanie nie jestem ekspertem, ale lubię, zwłaszcza te starsze. Wiele dobrego słyszałem o rzekomo klasycznej serii Hugo autorstwa Bernarda „Bedu” Dumont, polecali mi ją znajomi, a komiksiarze, których szanuję, wypowiadali się o niej pozytywnie w mediach społecznościowych. I wiecie co? Hugo to gówno. Będę marudził.

Hugo to składająca się z pięciu albumów seria fantasy dla dzieci, i, na macki Cthulhu, dlaczego ktoś miałby tak krzywdzić swoje dziecko? Czytanie tego to koszmar, na który składa się wiele różnych aspektów koszmaru. Zacznę od najbardziej koszmarnego z nich wszystkich, czyli tytułowego bohatera. Hugo jest trubadurem, który podróżuje po świecie i przeżywa różne przygody. Bycie trubadurem przejawia się tym, że ma przy sobie lutnię. Robi z niej użytek dosłownie na dwóch kadrach, z czego aż na jednym śpiewa. Dwa kadry na pięć albumów. Trubadur. Aha. Oczywiście to nie jest jego największy problem, to zaledwie detal. Najgorszym w Hugo jest jego przekonanie, że najlepszym rozwiązaniem każdego problemu są przemoc i agresja. Przez większość czasu zachowuje się jak wredny buc, kiedy tylko może używa siły, aby coś osiągnąć, a jak nie może, to się wścieka. [spoiler] Jest scena, w której bohaterowie spotykają stwory odzwierciedlające to, co dzieje się w ich umysłach. Przybierają one formy lewitujących głów, których języki układają się różne symbole. Stwór, na którego patrzy Hugo, pokazuje swastykę. [koniec spoilera] Biorąc pod uwagę zachowanie tej postaci, ja interpretuję to jako jawną sugestię, że Hugo jest naziolem. Nie no, fajny bohater w komiksie dla dzieciaków. A są jeszcze jego towarzysze! Hugonowi od początku towarzyszy pozbawiony charakteru i wyzuty z emocji niedźwiedź Biskoto, który służy jako rozwiązanie siłowe w sytuacjach, gdy Hugo jest za słaby. Później do drużyny dołącza też Narcyz, Los Hugo. No wiecie, Los, takie małe, zielone, latające, mówi z wstawkami z włoskiego. Nie, to nie ma sensu (jak wiele rzeczy w tym komiksie), nigdy nie dowiadujemy się czym i dlaczego właściwie jest Los, ale Narcyz jest chyba jedyną postacią, której zachowanie jest w miarę rozsądne i sensowne, co trochę go ratuje. Z doskoku do składu dołącza też wróżka Śliweczka, która zawsze pojawia się znikąd, i, na piórko w kapeluszu mistrza Jaskra, jaka ta postać jest problematyczna. Do końca nie wiadomo co właściwie oznacza, że Śliweczka jest „wróżką”, nie wiemy jakie ma moce i możliwości, ani do czego jest zdolna. Stwarza to problem z budowaniem napięcia, bo nie wiadomo, czy niebezpieczna sytuacja faktycznie jest niebezpieczna, czy Śliweczka może po prostu pstryknąć palcami i wszystkich uratować. Jest to też jedyna istotna postać kobieca, więc oczywiście jest love interest Hugona. Tylko Hugo nic z tym nie robi, a sama Śliweczka nie sprawia wrażenia zainteresowanej, ale oczywiście narracja czasem próbuje sugerować czytelnikowi, że ci dwoje powinni być razem, bo to przecież główny bohater i jedyna bohaterka. Co więcej, mimo braku jakiejkolwiek relacji między nimi, Hugo irytuje się, gdy Śliweczka przejawia jakieś uczucia do Narcyza. Bo przecież ona mu się należy jako głównemu bohaterowi, nie?

Tych czworo postaci przeżywa razem różne przygody. Każdy z pięciu albumów to osobna historia, i żaden nie ma najmniejszego sensu. Wydarzenia dzieją się bez wyraźnego ciągu przyczynowo-skutkowego, bohaterowie mówią i robią rzeczy całkiem irracjonalne, ale wyraźnie służące popchnięciu fabuły do przodu, ulubionym rozwiązaniem fabularnym autora jest deus ex machina, a efektem tego wszystkiego jest okropnie niesatysfakcjonująca lektura. Oczywiście nie tylko fabuły nie mają sensu, bo świat przedstawiony też się kupy nie trzyma. Np. taki Biskoto. Biskoto nie potrafi mówić. No logiczne, jest niedźwiedziem, niedźwiedzie nie mówią. Ale już w pierwszym albumie bohaterowie spotykają warzywa, które nie tylko mówią, ale też toczą wojnę z owadami. To oczywiście pierdoła i się czepiam, ale już wszechobecne mutanty pierdołą nie są, i strasznie obrzydzały mi czytanie tego już wystarczająco miernego komiksu. Otóż na kartach Hugo pojawia się mnóstwo stworów/rzeczy, które służą jakiemuś zadaniu. Np. potwór, który zamiast tułowia ma klatkę, jest chodzącym więzieniem itp. Moimi ulubieńcami (not) są przeznaczone do batalii dziwadła, będące wierzchowcem i jeźdźcem jednocześnie (literalnie jeździec wyrasta z grzbietu wierzchowca), mające wystające z głów katapulty, i skurzaste zbiorniki na pociski po bokach. Owszem, ma to jakieś zastosowanie w bitwie, ale jak ta istota żyje? Jak je, to robi to paszczą wierzchowca, czy ustami jeźdźca? Czy wystająca z głowy katapulta nie przeszkadza w życiu codziennym? I nawet nie chcę się zastanawiać, jak te stwory się rozmnażają. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo takich potworków jest masa, i wszystkie wyglądają jak twór chorego umysłu zafascynowanego militarnym wykorzystaniem modyfikacji genetycznych.

A jednak, pani tłumacząca komiks z francuskiego uznała, że nie jest on wystarczająco zły, i postanowiła go dobić. Nie czytałem oryginału (a nawet jakbym czytał, to niewiele by mi to dało, bo nie znam języka), więc nie jestem w stanie porównać z nim polskiego wydania, i nie wiem na ile okropne dialogi są winą autora, a na ile tłumaczki, ale czytałem (w internecie czytałem, więc musi być prawdą!), że polskie wydanie zostało mocno przefajnowane. I jest to bardzo bolesne, bo obok języka stylizowanego na archaiczny są tu odzywki w stylu „tępe dzidy!”. No i te wszechobecne, cholerne zdrobnienia. Np. Hugo zwraca się do Biskota per „Spaślaczku”. Nie brzmi mi to jak przyjacielska ksywka, a nawet sugeruje trochę inną relację. Przypominam, że są to mały chłopiec i cholerny niedźwiedź. To tylko przykład jednego z wielu zdrobnień pojawiających się w dialogach Hugo, a każde z nich jest irytujące jak kamień w bucie.

Chciałbym powiedzieć o tym komiksie coś dobrego, i przez chwilę rozważałem pochwalenie rysunków, ale jednak nie. Ilustracje może stylistycznie dają radę (jak na frankofona dla dzieci), ale design przegrywa wszystko (wspomniane wyżej mutanty), a nieschodzący z twarzy tytułowego bohatera chytry uśmieszek sprawia, że gnojek jest jeszcze bardziej irytujący. Nie potrafię powiedzieć o Hugo nic dobrego, a czytanie tego potworka sprawiało mi niemal fizyczny ból. Przed lekturą spotykałem się z samymi pozytywnymi opiniami o tej serii, i teraz nie mam pojęcia skąd się wzięły, bo komiks jest po prostu okropny. 

sobota, 1 lipca 2017

Katarzyna jest najpiękniejsza


Znany głównie z jrpgów Atlus w 2011 roku wydał grę inną. Przesadą będzie stwierdzenie, że jedyną w swoim rodzaju, ale na pewno bardzo oryginalną, i nie znajdzie się wielu podobnych gier. Catherine to skoncentrowana na fabule gra zręcznościowo-logiczna, stworzona przez ludzi odpowiedzialnych za popularną serię Persona. I wiecie co? Jest zajebista.

Fabuła Catherine opowiada o związkach i zdradach, o klątwach i demonach, i wreszcie, o wolności i odpowiedzialności. Scenariusz bardzo ładnie miesza ze sobą wątki dramatyczne, komediowe, i horrorowe, i jest na japońską modłę totalnie odjechany (w co musicie uwierzyć na słowo, bo nie chcę spoilować dalszych fragmentów gry). Głównym bohaterem jest trzydziestodwuletni Vincent Brooks, zwyczajny koleś wykonujący zwyczajny zawód, mieszkający w małym mieszkanku, i od kilku lat spotykający się ze swoją dziewczyną, Katherine McBride. Życie Vincenta zmienia się diametralnie pod wpływem dwóch, pozornie niezwiązanych ze sobą wydarzeń. Pewnej nocy Vincent ma dziwny, niesamowicie realistyczny koszmar, w którym musi się wspinać, bo jeśli spadnie to umrze. Co gorsza, sen powraca każdej następnej nocy. Okazuje się, że nie tylko Vincenta dręczą koszmary, a ludzie w jego wieku zaczynają umierać we śnie, co daje początek plotkom o klątwie, według której koszmary są karą dla mężczyzn, którzy dopuścili się zdrady. To właśnie jest to drugie wydarzenie; Vincent poznaje dziewczynę. Urocza, wyzywająco ubrana blondynka przysiada się do niego w barze, i... następnego ranka Vince budzi się obok niej. Do gracza należy wybór, czy wybrać ratowanie trwającej od dawna relacji z Katherine, czy olać ją i zabawiać się z nowo poznaną Catherine. Oczywiście sytuacja nie jest czarno-biała, a wydarzenia z czasem się komplikują, więc problem moralności głównego bohatera nie jest tak prosty, jak by się mogło z początku wydawać. Zakończeń jest aż osiem (choć w sumie to sześć, bo dwa mają dwie wersje, ze sceną po napisach i bez), więc każdy powinien być usatysfakcjonowany.

Rozgrywka Katarzyny dzieli się na dwie części, zręcznościowo-logiczną i fabularną, noc i dzień. W nocy gracz musi bezpiecznie przeprowadzić Vincenta przez jego koszmary, a więc wspinać się na wieże zbudowane z sześciennych bloków, które trzeba przesuwać tak, aby stworzyć sobie drogę na szczyt. Są różne typy bloków, jak np. lodowe (śliskie) czy wybuchające, na swej drodze na szczyt Vincent napotyka przeciwników, którzy mogą zrzucić go niżej (a więksi nawet zabić), a na grającym cały czas ciąży presja czasu, bo dolne kondygnacje wieży spadają w nicość. Pomiędzy etapami Vince trafia do swego rodzaju kościoła, w którym może porozmawiać z innymi postaciami – które widzi jako owce – dręczonymi przez koszmary, oraz z tajemniczą istotą w konfesjonale, której należy odpowiedzieć na pytanie aby przejść dalej. Na końcu każdej nocy (składającej się z kilku etapów) czeka reprezentujący obawy Vincenta boss, który ściga bohatera i utrudnia mu wspinaczkę, i trzeba powiedzieć, że bossowie są bardzo... japońscy. Żebyście zrozumieli w pełni co mam na myśli, pozwolę sobie zdradzić, że w pewnym momencie Vincenta ściga „Rozpustna Bestia”, czyli dolna połowa damskiego ciała, wyposażona w twarz, ogromne zęby, i pokrzykująca „Please... give me more!”... To brzmi tak bardzo źle, że sam nie wierzę że piszę pozytywnie o tej grze (hell, że to jedna z moich ulubionych gier), ale hej! To działa! Jakoś... Ale działa! Bossowie są popieprzeni, prawda, jak w każdej japońskiej grze, ale fabularnie mają sens. A gameplay to czyste złoto. Za ukończenie każdego etapu przyznawana jest nagroda: brązowa, srebrna, lub złota, i żeby zdobyć złoto na każdym poziomie trzeba się nieźle wysilić. Catherine wymaga dużo zręczności, i jeszcze więcej myślenia, ale w zamian jest cholernie satysfakcjonująca.

Druga część gameplayu, akcja rozgrywająca się za dnia, to wieczory spędzane przez Vincenta w barze, w którym najważniejszą czynnością jest rozmawianie z przeróżnymi NPCami, jak koledzy Vince'a, czy inni mężczyźni spotykani również w koszmarach. No i, poprzez smsy, z oboma Catherine. Słuchanie tych rozmów jest bardzo przyjemne, bo wszystkie postaci to ciekawe indywidua z własnymi problemami i aspiracjami, więc chce się słuchać co mają do powiedzenia. Nie ma tu nieinteresujących postaci, bo w stosunkowo niewielkiej lokacji po prostu nie ma na nie miejsca. Oprócz rozmawiania Vincent może pić różne rodzaje alkoholu, aby szybciej się poruszać w etapach nocnych, a po opróżnieniu szklanki narrator zdradza graczowi jakąś ciekawostkę na temat danego trunku. W barze, jako minigierka, jest też automat z grą Rapunzel, która bardzo przypomina etapy nocne, tylko zamiast presji czasu jest ograniczona ilość ruchów. Minigierka, która ma sto dwadzieścia osiem etapów i własną fabułę. Jest co robić. Jednak to główna warstwa fabularna gra tutaj pierwsze skrzypce, i wciąga jak bagno. Na tyle, że raz nawet ukończyłem Catherine w jedną noc, a zajmuje to jakieś trzynaście godzin.

Ale ale! Ukończenie fabuły (nawet ośmiokrotne) to nie koniec Catherine. Na wymiataczy czeka tryb zręcznościowy Babel, w którym jeden lub dwóch graczy wspina się po losowo generowanych wieżach. Etapy są tutaj cztery, i o ile dwa pierwsze są w miarę proste, tak kolejne dwa to szalony test umiejętności dla najbardziej wytrwałych. Oprócz tego jest też tryb rywalizacyjny dla dwóch graczy, którego nie sprawdziłem z braku drugiego gracza...

Katarzyna jest grą na wskroś japońską. Fabuła to cudo, ale cudo z dialogami drewnianymi jak to tylko japońskie gry potrafią („Jill sandwich” #pamiętamy), a mechanika jest głęboka i wymagająca, choć prosta w założeniach. A wszystko to, oczywiście, w stylistyce anime. Są tu nawet animowane przerywniki filmowe, stworzone przez Studio 4°C (jeśli nie widzieliście anime Tekkonkinkreet, to idźcie obejrzeć, bo to dobre anime jest). A jednak, to właśnie ta japońska anime giereczka podjęła niespotykanie dojrzały jak na grę motyw, i niespodziewanie dojrzale go rozegrała*, podczas gdy zachodni wydawcy rzucają hasła „gry są sztuką!” i produkują kolejne Asasyny (Sony, patrzę na ciebie!).

PS. Vincentowi głosu użyczył Troy Baker, a to zawsze jest plus.

*[SPOILER] Nawet pomimo demonów, klątw, złych bogów i ratowania świata. No dobra, może sekretne zakończenie z boginią Ishtar powstało dla onanistów, ale zobaczyło je mniej niż dwa procent graczy, i odblokowanie go jest cholernie trudne.

sobota, 22 kwietnia 2017

W Poszukiwaniu Dobrego Fantasy

fragment okładki

W Poszukiwaniu Ptaka Czasu autorstwa Serge'a Le Tendre i Regisa Loisela to klasyk francuskojęzycznego fantasy, i jedna z tych serii, od których zaczynałem przygodę z komiksami. Więcej nawet, za dzieciaka był to mój ulubiony komiks (później na tę pozycję wskoczył Szninkiel, a teraz to już sam nie wiem, chyba Persepolis). Pamiętam, jak znalazłem w piwnicy, wydany jeszcze na łamach od dawna nieistniejącego magazynu Komiks, trzeci album serii znanej wówczas nad Wisłą jako Pelissa*. Cóż to było za przeżycie! Na zrozumienie Thorgala byłem jeszcze za młody, a Asteriks nigdy mnie nie śmieszył, więc to właśnie W Poszukiwaniu Ptaka Czasu pokazało mi, jak bardzo zajebiste są komiksy frankofońskie. A teraz sobie tę serię odświeżyłem, i nostalgia zderzyła się z brutalną rzeczywistością. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal dobry komiks, ale do ideału to mu trochę brakuje.

Fabuła, jak można się domyślić, opowiada o poszukiwaniu mitycznego Ptaka Czasu, potrzebnego do, a jakże, uratowania świata. Na tę niebezpieczną wyprawę wyrusza stary rycerz Bragon, jego domniemana córka (to skomplikowane) Pelissa, tajemniczy Nieznajomy, ukrywający swoją tożsamość pod hełmem, i były uczeń Bragona, Bulrog. Opowieść zamyka się w czterech albumach i jej konstrukcja jest dość prosta, bohaterowie idą zdobyć przedmiot, idą zdobyć informację, pokonują przeciwnika, i dopiero w finale sprawy zaczynają się komplikować, ale jak już zaczną, to robi się naprawdę messy. Warto do tego dotrwać, i nie zrażać się tragicznym pierwszym albumem. W ogóle w tej serii im dalej, tym lepiej: pierwszy album, jak już wspomniałem, jest beznadziejny, drugi może być, i dopiero w drugiej połowie autorzy naprawdę rozwijają skrzydła. Albumy trzeci i czwarty są świetne, choć moim zdaniem trzeci jest minimalnie lepszy. Zabawne, bo jest totalnym fillerem i praktycznie w ogóle nie popycha fabuły do przodu, a zamiast tego pokazuje pojedynek Bragona z legendarnym Łowcą. Podoba mi się wtrącenie do fabuły takiej bardzo osobistej i kameralnej historii, mocno kontrastującej z wielkoskalowym ratowaniem świata. Które następuje w albumie czwartym, i też jest bardzo fajne. Może i fabularne twisty są bardzo łatwe do przewidzenia, ale losy poszczególnych bohaterów potoczyły się po raczej niespodziewanych, i niespodziewanie przyjemnych dla czytelnika torach. Oczywiście jeśli ktoś jest w stanie cieszyć się cudzym nieszczęściem, bo zakończenie trudno uznać za szczęśliwe.

Mimo pozornego skupienia na osobie Pelissy to zdecydowanie Bragon jest głównym bohaterem tej historii, i jest też najciekawszą z postaci. Poznajemy go, gdy jest już znanym na cały świat rycerzem mającym za sobą liczne awantury, i najchętniej to by teraz siedział całe dnie przy kominku i się obijał, ale zostaje wyciągnięty z wygodnego domku aby przeżyć ostatnią przygodę. To jest gość, który żyje w świecie przedstawionym od dawna, wiele już dokonał, i zazwyczaj ma już jakieś relacje z innymi bohaterami, i to jest dobre. Podobnie sytuacja wygląda z Bulrogiem, który na początku dąży do zabicia swojego dawnego mistrza, przez coś, co wydarzyło się w przeszłości. Z pozostałą dwójką głównych bohaterów jest już gorzej. Tajemniczy Nieznajomy to przez większość czasu tylko słaby comic relief, i może trochę się to zmienia w finale, ale jednak lwią część komiksu jest wyłącznie irytujący. Nawet ta jego tajemnica jest słaba, bo uważny czytelnik już od początku domyśli się prawdziwej tożsamości tej postaci. A Pelissa to już w ogóle tragedia. Znów, ciekawe rzeczy się z nią dzieją w finale, ale jedyne co ta postać robi na drodze do tego finału, to posiadanie dużych cycków. A scenarzysta najwyraźniej stwierdził, że ta cecha jest bardzo interesująca, bo bardzo lubi o niej przypominać, wykorzystywać ją w fabule, i opierać na niej marnej jakości sceny humorystyczne. Shame on you, Le Tendre! Oprócz strasznie seksistowskiego traktowania tej postaci, problematyczna jest też dla mnie jej relacja z domniemanym (to skomplikowane) ojcem. Bragon, jak na kochającego tatusia, traktuje Pelissą niezbyt dobrze, a są sceny, w których daje jej w mordę, bo zrobiła coś, co mu się nie spodobało, ale to daje tak, że jucha leje się z nosa. I nikt nie ma z tym problemu! Najmniejszego! The fuck! Przez moje lewackie poglądy i wiarę w bezstresowe wychowanie nie mogę patrzeć, jak bohater przedstawiany jako jednoznacznie pozytywny odwala takie rzeczy. Żeby jeszcze ktoś się tym przejął, to nie, dla wszystkich to jest normalne.

Rysunki Loisela są nierealistyczne - i dobrze, taki cartoonowy styl pasuje do fantasy - i absolutnie prześliczne, ale, podobnie jak fabuła, dopiero od pewnego momentu. Zapamiętałem tę serię jako jeden z najładniej wyglądających komiksów jakie czytałem, więc wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pierwszy album jest paskudny. W kolejnych jednak rzeczywistość bardziej pokrywa się ze wspomnieniami. Poza biegającą w skąpym stroju Pelissą postaci są bardzo fajnie zaprojektowane, a świat przedstawiony jest po prostu piękny. Bohaterowie odwiedzają przeróżne krainy, pustynie i śniegi, lasy i mokradła, stare świątynie i ruiny, a zamieszkujące te wszystkie miejsca fantazyjne istoty przywodzą na myśl kosmitów z Gwiezdnych Wojen lub stwory z filmów Guillermo del Toro, i w kresce Loisela to wszystko wygląda niesamowicie. Akbar, bo tak ów świat się nazywa, do dziś robi ogromne wrażenie.

Warto W Poszukiwaniu Ptaka Czasu przeczytać, choć nie uznaję go już za tak wspaniałe dzieło jak te dziesięć lat temu. Ale nadal jest zajebistą serią fantasy, jedną z najciekawszych. Ma trochę wad, niektórych okropnych, ale jednak o wiele więcej zalet.

Czuję się też zobowiązany wspomnieć, że wydawana w latach osiemdziesiątych seria to nie koniec przygód Bragona. Znaczy fabularnie koniec, ale czytelnicy dostali wincy. W 1998 ukazał się pierwszy z serii prequeli, traktujących o młodości dzielnego rycerza. Obecnie wyszły cztery, a ostatni kończy się cliffhangerem, więc pewnie będzie tego więcej, ale tych komiksów już nie mogę polecić tak jak oryginalnej serii. Pokazywane jest tam, jak Bragon stał się tym znanym, wielkim rycerzem, i okazuje się, że wcale nie jest to jakoś szczególnie interesujące. Szkoda, że W Poszukiwaniu Ptaka Czasu z jednej z najciekawszych serii fantasy zmieniło się w mierną przygodówkę. Nastąpiła tu sytuacja podobna do Gwiezdnych Wojen: oryginał to klasyk, prequele niech spłoną.

_____________________________________________________________

Część spoilerowa 

Wydarzyło się w tym komiksie kilka bardzo fajnych rzeczy, na które chcę zwrócić uwagę, i może zachęcić do dyskusji, więc beware, spoilers ahead!

Pojedynek Bragona z Łowcą jest zajebisty. Bardzo mi się podoba, że cała walka rozegrała się w trzech ciosach, bez niepotrzebnego wymachiwania toporami. Bardzo to samurajskie; widać, że starło się ze sobą dwóch wielkich wojowników. Najs.

Bulrog kiedyś został oszpecony, i od tamtego czasu nosi maskę. A gdy ściąga ją w swoich ostatnich chwilach okazuje się, że NAPRAWDĘ został oszpecony. Like, for real, paskudny z niego skurwiel. Nie ma jakiejśtam małej blizny czy poparzenia, tylko twarz jak z najgorszego koszmaru. Szanuję.

Finał historii Bragona mnie osobiście chwycił za serce, za gardło, i może za coś jeszcze. Po pokonaniu Łowcy odchodzi jako ten, który zabił legendę, a już chwilę później popada w szaleństwo, bo okazuje się, że jego córka nie istnieje, a jego ukochana jest prawdziwym villainem tej opowieści. W epilogu jest zasugerowane, że po tym wszystkim został pustelnikiem, chociaż to się trochę nie trzyma kupy, bo musiał by bardzo długo żyć, ale anyway, zakończenie jest dobre.

_____________________________________________________________

*zawsze mnie śmieszy, gdy polski wydawca olewa oryginalny tytuł i w jego miejsce wstawia imię głównego bohatera, dziwna praktyka

niedziela, 16 kwietnia 2017

Dirk Direczek


Nie spodziewałem się wiele po Holistycznej Agencji Detektywistycznej Dirka Gently'ego, więc byłem mile zaskoczony, gdy okazało się, że to serial na podstawie powieści Douglasa Adamsa. Przyznaję, moja wiedza o twórczości tego brytyjskiego autora ogranicza się do przeczytania kilku fragmentów Autostopem Przez Galaktykę, ale to wystarczyło aby polubić jego poczucie humoru. Byłem zaskoczony jeszcze bardziej po skończeniu binge-watcha, gdy stwierdziłem, że Dirk Gently to teraz mój totalnie ulubiony serial.

Trudno powiedzieć o fabule tego serialu cokolwiek, żeby nie zaspoilerować, ale podejmę się tego karkołomnego zadania. Jak głosi wikipedia - Holizm to pogląd, według którego wszelkie zjawiska tworzą układy całościowe, podlegające swoistym prawidłowościom, których nie można wywnioskować na podstawie wiedzy o prawidłowościach rządzących ich składnikami. Dirk Gently to detektyw, kierujący się właśnie holizmem. Sprowadza się to do tego, że Dirk nie przejmuje się takimi pierdołami jak poszlaki, np. odciski palców, tylko robi randomowe rzeczy i rozwiązuje sprawę, bo wszystko jest ze sobą połączone a przypadki nie istnieją. Głupie? Owszem. Bez sensu? Jak najbardziej. Fajne? Niesamowicie. I bardzo dobrze się sprawdza, bo konstrukcja serialu przypomina trochę film Memento: na początku widz zostaje wrzucony w absolutny chaos, który powoli zaczyna nabierać sensu, a fabuła jest jak układanka, której elementy jeden po drugim wskakują na swoje miejsce. Pozorna losowość wydarzeń świetnie tutaj działa, sprawiając, że kolejne sceny są zaskakujące, a jednak, in the end, wszystko jak najbardziej ma sens i trzyma się kupy. Bardzo też szanuję sposób, w jaki ta fabuła została skonstruowana, bo w ciągu tych ośmiu odcinków cały główny wątek zostaje doprowadzony do końca, i zakończenie jest satysfakcjonujące, a jednocześnie dla drugiego sezonu nie została otwarta jakaś tam furtka, tylko ogromna brama, więc nic tylko czekać.

Bohaterowie to niezwykle barwna galeria świrów, z tytułowym detektywem na czele. Towarzyszy mu grany przez Frodo Bagginsa asystent, który w całą sprawę został wciągnięty... no nie przypadkiem, bo przypadki nie istnieją, ale dość niespodziewanie.  Znowu, nie chcę pisać szczegółów, żeby nie zepsuć wam zabawy, ale zapewniam że postacie również są bardzo mocnym punktem tego serialu. Każdy jest wyrazisty, na swój sposób dziwny (tak ciekawie dziwny), jedni mają jakieś moce, inni jakieś schorzenia, każdy ma przeszłość, która ma wyraźny wpływ na jego charakter. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie, choć oprócz Elijah Wooda wcześniej kompletnie nie znałem tych ludzi. Ale grający Dirka Samuel Barnett ma piękny brytyjski akcent, więc od razu się zakochałem. W ogóle wszyscy wypadli bardzo dobrze wcielając się w mniej lub bardziej przerysowane postaci, każdy jest przekonujący a szczególnie warto wspomnieć o Fionie Dourif, która tak dobrze gra psychopatkę, która od lat nie rozmawiała z człowiekiem, że ciężko uwierzyć, że poza planem zdjęciowym jest normalna.

Fabuła i bohaterowie są genialni, ale nie zapominajmy, że mamy tu do czynienia z ekranizacją Douglasa Adamsa, więc istotny jest również humor. A ten jest perfekcyjny. Bardzo angielski, często abstrakcyjny, oparty na wyrazistych charakterach postaci i/lub nieporozumieniach, i, przede wszystkim, cholernie zabawny. Ostatni raz tak brechtałem chyba oglądając Ricka i Morty'ego, a to duża rekomendacja, bo kreskówkę stacji Adult Swim uwielbiam. Zaznaczam jednak, że Dirk Gently, w przeciwieństwie do Ricka, nigdy nie posuwa się do bycia wulgarnym; nie uświadczymy tu gross out humoru. Dirk jest dżentelmenem.

Wspomnę też o stronie technicznej, która robi bardzo dobre wrażenie. Porządne efekty specjalne w produkcji telewizyjnej nie powinny już nikogo dziwić, a jednak ja wciąż jestem w szoku, gdy na małym ekranie widzę tak realistyczne CGI. No i ta muzyka. A nawet: przede wszystkim ta muzyka! Odrobinę niepokojąca, idealnie dopasowana do serialu i bardzo pomagająca budować jego szalony klimat, no zajebista. Tak się mogę rozpływać na każdym aspektem tego serialu, i w sumie nie mam na co narzekać. Dirk nie zawodzi pod żadnym aspektem.

Tak się nad nim rozwodzę w samych superlatywach, ale chyba ma jakieś wady, nie? Otóż nie. Nie ma. Serio. Dirk Gently jest perfekcyjny od początku do końca, i natychmiastowo zajął specjalne miejsce w moim serduszku. Zdaję sobie sprawę, że rzucam tu samymi ogólnikami, ale naprawdę zdradzenie jakiegokolwiek szczegółu byłoby spoilerem. Idźcie i obejrzyjcie, uwierzcie, że warto. Ten serial jest przezabawny, niesamowicie wciągający, mocno przerysowany (in a good way), i holistyczny. Po obejrzeniu poleciłem Dirka znajomym, którym też bardzo się spodobał, więc ta opinia jest testowana na ludziach!

PS. Rowdy 3 są najlepsi!

niedziela, 2 kwietnia 2017

Pierwszy Kryzys

fragment okładki


Nie jestem wielkim fanem superbohaterów. Jeszcze niedawno twierdziłem, że ich nawet nie lubię. Za to kocham komiksy, a nie można odmówić trykociarzom ważności w obrazkowym medium, więc co jakiś czas sięgam po komiks z tego nurtu, bo a nuż się do superbohaterów przekonam. I to działa. Nadal nie podoba mi się polityka Marvela i DC, a niektóre motywy uważam za okropnie durne („zabili mi rodziców, więc będę biegał po mieście w pelerynce i masce ze spiczastymi uszkami”), ale zdarzają się teksty kultury – nie tylko komiksy, bo seriale i gry też dają radę – traktujące o superbohaterach, które mi się podobają, i, ku mojemu zdumieniu, zalicza się do nich Kryzys na Nieskończonych Ziemiach.

Co jakiś czas w świecie DC (Marvela zresztą również) ma miejsce jakieś ogromne wydarzenie, które wstrząsa całym uniwersum i zmienia status quo, a po jego zakończeniu wydawnictwo może wyzerować numeracje swoich komiksów i znów rzucić pierwsze numery różnych serii do sklepów. Obecnie ma to miejsce głównie dlatego, że „jedynki” dobrze się sprzedają, ale pierwsze takie przedsięwzięcie miało o wiele większe znaczenie. Otóż w uniwersum DC panował wówczas okropny bałagan, po przeróżnych wszechświatach pałętała się masa postaci, i ktoś musiał w końcu to wszystko uporządkować. Dokładnie to robi napisany przez Marva Wolfmana Kryzys na Nieskończonych Ziemiach; zbiera cały ten chaos do kupy, pozbywa się niepotrzebnych postaci, i pozwala na świeży start zarówno scenarzystom, jak i czytelnikom, którzy w zbyt już skomplikowanym świecie DC mogli się po prostu zgubić.

Przez pierwsze kilkadziesiąt stron traktowałem ten komiks jak ciekawostkę historyczną. Kamień milowy w gatunku, pierwszy z wielu Kryzysów nękających superbohaterów do dziś, coś, co po prostu wypada znać, ale niekoniecznie musi się w dzisiejszych czasach podobać. I nie żebym się nie starał, ale naprawdę potrzeba dużo dobrej woli żeby Kryzys na Nieskończonych Ziemiach się spodobał, bo został wydany w latach osiemdziesiątych, i czuć to na każdej stronie. A komiksy amerykańskie w latach osiemdziesiątych, i w ogóle w dwudziestym wieku, a już szczególnie te superbohaterskie, były strasznie paździerzowe. Idiotyczne dialogi, nieudolna ekspozycja, wszechobecny trzecioosobowy narrator, który, przepraszam, pierdoli trzy po trzy, bohaterowie, dla których najlepszą solucją na każdy problem jest walnięcie w ów problem laserem. Tak, to wszystko tu jest, pierwszy Kryzys to bardzo głębokie lata osiemdziesiąte. Mimo tego, po stu kilku stronach zorientowałem się, że się wciągnąłem w tę mimo wszystko prostą historię.

No bo jest sobie koleś, nie? I zbiera bohaterów, bo wszystkie równoległe wszechświaty umierają, a koleś ma plan żeby to powstrzymać. Jest też zły koleś, który to spowodował, i w miarę jak wszechświaty umierają to on staje się coraz silniejszy. Tak w skrócie. Do tego jakieś prywatne dramy, zgony, i smuteczki, których nie da się za bardzo brać na poważnie przez to, o czym mówiłem w poprzednim akapicie. A jednak w pewnym momencie zaczął mi się ten komiks naprawdę podobać. To w końcu opowieść na absolutnie epicką skalę, w której toczy się walka o losy nie jakiegoś tam świata, ale wszystkich światów, a w ówczesnym multiwersum DC była ich nieskończona ilość (tak, tytuł Kryzys na Nieskończonych Ziemiach należy rozumieć dosłownie). No i dobra, to nadal jest historia, w której finale [trochę spoiler] Superman daje głównemu złemu takiego luja, że ten eksploduje [koniec spoilera], ale jest po prostu fajna, goddammit! Skala wydarzeń jest absolutna, pojawiają się tu wszyscy bohaterowie wydawnictwa, a nawet więcej, i, jeśli przymknąć oko na ściany niepotrzebnego tekstu, poszczególne wątki są tutaj bardzo sprawnie poprowadzone. Zaryzykuję stwierdzenie że całkiem przyjemnie się to czyta. No i fajnie zobaczyć, że gdy przyjdzie co do czego, Batman jest tylko bezużytecznym, pozbawionym mocy frajerem w kostiumie.

Mówiąc o rysunkach George'a Pereza znów muszę się przyczepić okresu, w którym Kryzys powstał. Amerykańskie komiksy w dwudziestym wieku w większości były paskudne, i omawiany przeze mnie tytuł nie jest wyjątkiem. Oczywiście, że rysunki są tutaj brzydkie, przy czym zaznaczam, że to bardzo subiektywna opinia. Oczywiście, że kostiumy bohaterów często bardziej przypominają body painting niż ubrania, co swoje kuriozum osiąga w zbroi Cyborga, na której zaznaczony jest każdy mięsień. Oczywiście, że Superman ma swój pojedynczy, opadający na czoło loczek (<3), a bohaterowie drugo- i trzecioplanowi to zgraja najgłupiej wyglądających postaci jakie widziałem. Jednak, abstrahując od tego estetycznego piekiełka, muszę przyznać, że ilustracje w Kryzysie bardzo kompetentnie opowiadają historię. Narracja jest tutaj zaskakująco dobra, sceny są rozrysowane w ciekawy sposób, brak tutaj częstego we współczesnych komiksach superbohaterskich uczucia pośpiechu, i nawet zdarzają się sekwencje po prostu fenomenalne, jak np. [trochę spoiler, chociaż w sumie to jest na okładce] śmierć Supergirl [koniec spoilera].

Generalnie Kryzys na Nieskończonych Ziemiach jest spoko, co nie? Ważna pozycja w historii amerykańskiego komiksu mainstreamowego, której wpływ widać do dziś, a do tego, pod grubą warstwą eightiesowego paździerzu, zaskakująco interesująca, napakowana akcją opowieść o superbohaterach robiących to, co superbohaterowie robią najlepiej: ratujących świat(y). No i niezmiernie zabawnym znajduję fakt, że w historii o totalnej zagładzie całego multiwersum swój własny, mały wątek dostał Wildcat (stary bokser przebrany za kota).