sobota, 25 lutego 2017

Problemy w Śnieniu

fragment grafiki użytkownika rogercruz z portalu deviantart
Planowałem napisać recenzję komiksu Sandman: Uwertura, prequela słynnej serii Neila Gaimana, ale po przeczytaniu go stwierdziłem, że jednak mi się nie chce. Wolę ponarzekać na całą serię, bo mam kilka niepopularnych opinii, którymi chciałbym się podzielić. Najpierw jednak, na swoją obronę, zaznaczę że Sandmana lubię. Ma świetną, przemyślaną fabułę, często ciekawe zabiegi narracyjne, a jego znaczenie na rynku komiksowym jest ogromne. Przyczynił się do powstania imprintu Vertigo w wydawnictwie DC, był jednym z ważniejszych argumentów w dyskusji „komiksy nie muszą być dla dzieci” toczonej w drugiej połowie dwudziestego wieku, i nie sposób go za to nie szanować. A jednak jest w Sandmanie kilka rzeczy, które mnie po prostu wkur... irytują. Ostrzegam że tekst przeznaczony jest dla osób które Sandmana znają i pojawiają się w nim spoilery.

Przede wszystkim te cholerne rysunki! Na przestrzeni siedemdziesięciu pięciu zeszytów nad szatą graficzną Sandmana pracowało kilkadziesiąt osób. Samych rysowników było ponad dwudziestu, a do tego osoby nakładające tusz i koloryści. Czasami dawało to ciekawe efekty, jak w tomie Koniec Światów, w którym bohaterowie opowiadali sobie historie, i każda z nich wyglądała inaczej, ale przez większość czasu jedynym efektem tak dużej liczby artystów była okropna niespójność graficzna. Lubię jak komiks ma jakiś styl z którym można go utożsamiać, tymczasem Sandman jest rysowany w cały świat, od ilustracji typowych dla lat '80 i '90 na rynku amerykańskim, przez abstrakcyjną, kanciastą kreskę, po realizm przypominający prace Rosińskiego. Do tego lwia część rysunków w Sandmanie jest po prostu brzydka. To, czy ilustracja się podoba czy nie, jak najbardziej zależy od gustu i jest bardzo subiektywne, ale chyba nikt mi nie powie że np. Pora Mgieł jest ładnie narysowana. Lucyfer, najpiękniejszy z aniołów, wygląda tam jak pijaczek spędzający całe dnie pod sklepem: bezzębny, pomarszczony, z krzaczastymi, czarnymi brwiami. Oczywiście rysunki w komiksie nie muszą być ładne – cholera, moim ulubionym komiksem jest Persepolis, które ma bardzo prostą kreskę – ale jednak miło by było jakby przedstawiciel gatunku fantasy był atrakcyjny dla oka. Na szczęście ten problem znika w Uwerturze, którą w całości zilustrował J. H. Williams III, i zrobił to prześlicznie.

Jednakże scenariusz w Sandmanie jest o wiele ważniejszy od rysunków, i tutaj też nie jest idealnie. Mianowicie Gaiman za dużo gada. Oprócz komiksów Gaiman pisze również prozę, i przyznaję że cenię sobie tę część jego twórczości, ale to, co sprawdza się w opowiadaniach i książkach, niekoniecznie musi być dobre w medium operującym sekwencjami obrazów. Narrator często opisuje to co widać na rysunku, niepotrzebnie dając czytelnikowi tę samą informację po raz drugi. Zdarza się że bohaterowie w myślach na bieżąco opisują swoje działania, jakby Gaiman bał się że rysunki będą nieczytelne, lub nawet myślą że myślą. Serio, tekst w chmurce potrafi zaczynać się od słów „I myślę”. Bardzo to wszystko literackie i nawet dobrze napisane, ale komiksy nie są literaturą tylko całkiem inną dziedziną sztuki, i mają własny język którym mogą się posługiwać.

Wstępy są tragiczne. Oczywiście to w żaden sposób nie jest wina autorów, tylko wydawcy, że zdecydował się umieścić takie bzdety w wydaniach zbiorczych, nie zmienia to jednak faktu że wstępy znajdujące się w każdym tomie Sandmana są okropne. Oprócz tego autorstwa Stephena Kinga, King jest spoko. Reszta jednak wypisuje jaki to Sandman nie jest wspaniały, w ogóle genialny i najlepszy komiks, na kolana chamie przed dziełem sztuki. Przeczytanie takiego wstępu przed lekturą samego komiksu budzi bardzo wysokie oczekiwania, których spełnić się po prostu nie da, więc Sandman zawodzi. To jest zajebisty komiks, jeden z najważniejszych jakie powstały na rynku amerykańskim, ale nie jest idealny, autorzy wstępów mocno przesadzają. Na domiar złego rozwodzą się nad literackością komiksu, piszą że Sandman udowadnia że komiksy również są literaturą. Myślę że wynika to ze wstydu. „Komiksy” to te kolorowe opowiastki dla dzieci, Batman i inne takie, a Sandman przecież nie jest banalną historyjką dla dzieci, jest genialnym dziełem, więc, oczywiście, jest literaturą. Otóż nie, komiksy jak najbardziej mogą być poważne, jeden z najważniejszych tekstów kultury traktujących o holokauście jest komiksem (Maus), i nie muszą na siłę przyrównywać się do literatury, która rządzi się zupełnie innymi prawami. Natomiast szczyt zła osiągnął Frank McConnell, który we wstępie tomu Panie Łaskawe postanowił poinformować czytelników, że główny bohater umiera na końcu. Bo przecież to oczywiste, Sandman jest niczym tragedia antyczna, a w ogóle to każdy już zna tak genialne dzieło i to nie jest tak że wciąż pojawiają się nowi czytelnicy którzy chcieliby je poznać.

Sandman jest świetnym komiksem, jednym z tych, które przeczytać trzeba, lub co najmniej wypada, ale hej, nawet tak kultowe dzieła mogą mieć wady! Czasem nawet bardzo duże (serio, patrzenie na niektóre tomy tej serii boli...). Często gdy rozmawiam z kimś o Sandmanie spotykam się z opinią że jest to komiks idealny. Nie potrafię i nie chcę się z tym zgodzić, z pewnością seria Gaimana jest wybitna, ale do ideału trochę jej brakuje. 

sobota, 18 lutego 2017

Wiedźmin 3: Może Być


Lubię Wiedźmina. Nie czytałem jeszcze Sezonu Burz, komiksy też jakoś mnie ominęły, ale dwa zbiory opowiadań i pięć powieści Sapkowskiego to chyba moje ulubione high fantasy. Wydawałoby się więc że dobrze przyjęta przez graczy i krytyków seria gier kontynuująca przygody Geralta z Rivii to produkt, który powinienem polubić co najmniej równie mocno, ale jakoś nie potrafię. Przede wszystkim, pierwsza część gry nie istnieje. Jestem zatwardziałym konsolowcem, a CD Projekt wydał pierwszego Wieśka tylko na, tfu, komputery. Nie i kropka, nie będę grał na taborecie, foch!

Przy drugiej części dystrybutor poszedł po rozum do głowy i Zabójcy Królów trafili na Xboxa 360, którego kupiłem specjalnie dla tej jednej gry. I okazało się że Wiedźmin 2 faktycznie jest bardzo fajną gierą, ale takim sobie Wiedźminem. Zdecydowanie największym plusem tej części jest poziom trudności, już na normalu trzeba było się nieźle pomęczyć, pamiętam że przy walce ze smokiem prawie pogryzłem pada. Wciąż byłem wtedy zachwycony Demon's Souls, więc kolejnego wymagającego action RPGa przyjąłem z otwartymi ramionami. Szkoda, że w tej przyjemnie trudnej grze tak mało było Wiedźmina. Fabuła skupiona na polityce i spiskach przypomina coś, co mógłby napisać jakiś współczesny amerykański autor fantasy, i sama w sobie nie jest zła, ale kompletnie nie pasuje do klimatu książek. Podobnie z postaciami; Roche, Iorweth i Letho nie są źli, ale panoszą się po pierwszym planie, na którym stosunkowo mało jest osób znanych z powieści. A lokacje to już w ogóle są wyrwane nie wiadomo skąd, miasteczko Flotsam pośrodku nigdzie, jakiś obóz wojskowy, i ruiny miasta elfów. Tyle ciekawych miejsc było opisanych w książkach, a cała akcja musi się dziać na terenach, które nikogo nie obchodzą. Przez to wszystko gra równie dobrze mogłaby się nazywać Dragon Age: Zabójcy Królów, i pewnie nikt by nie zauważył różnicy.

Dziki Gon to co innego. Odwiedzamy tutaj Novigrad, Oxenfurt, Skellige, nawet baśniowe Toussaint! Po ekranie biegają Yennefer, Ciri, Crach an Craite, Dudu, Dijkstra, same znane twarze. Może fabuła trochę za bardzo nawiązuje to pierwowzoru (poszukiwanie Ciri? serio?), ale zdecydowanie bardziej pasuje do Wiedźmina niż to polityczne pierdololo z poprzedniej części. Na pierwszy rzut oka Dziki Gon to gra, do której fani mogą się masturbować, ale przez te sto dwadzieścia godzin rozgrywki miałem okazję się jej lepiej przyjrzeć.

Na początku bawiłem się świetnie. Wielki otwarty świat, mnóstwo rzeczy do roboty, wspaniała oprawa audiowizualna, niesamowita muzyka, kojarzyło mi się to z... Assassin's Creed: Brotherhood. Może to trochę dziwne skojarzenie, ale tak jak Asasyn był jedną z moich pierwszych gier na PS3, tak Wiedźmin jest jedną z pierwszych na PS4, więc obie te gry wywołały u mnie szok swoimi możliwościami graficznymi. Te drzewa uginające się pod wiatrem, promienie słońca przezierające przez gałęzie, domki kryte strzechą; Dziki Gon jest prześliczny. Uzupełnieniem pięknych obrazków jest rewelacyjna muzyka Marcina Przybyłowicza, która może i jest gorsza od kompozycji Jespera Kyda, ale tylko troszeczkę, a bycie troszeczkę gorszym od ideału to nadal całkiem niezły wynik. Również obie te gry to dające masę możliwości sandboxy, i - choć jedna to action adventure a druga action RPG - bawią w podobny sposób. Tyle że Brotherhood kończył się po dwudziestu kilku godzinach, a Wiedźmin trwał, i trwał, i trwał... I zdecydowanie trwał zbyt długo. Sto siedemnaście godzin, czterdzieści minut, dokładnie tyle zajęło mi ukończenie podstawki i dwóch dodatków. Coś we mnie pękło gdy na liczniku wybiła setka, i do końcówki musiałem się zmuszać. A nawet nie zrobiłem wszystkiego, zostało mi mnóstwo znaków zapytania na Skellige i w Toussaint, i na pewno są gdzieś na mapie świata sidequesty których nie znalazłem.

Może i mógłbym się dobrze bawić przez cały ten czas, ale Zabójcy Królów już na normalu dali mi w kość, więc i tym razem wybrałem normal. I przez te prawie sto dwadzieścia godzin było dosłownie dwóch przeciwników, którzy sprawili mi jakikolwiek problem. Dziki Gon jest łatwy, a łatwa gra to nudna gra. Jest tutaj mnóstwo możliwości bojowych, szermierka, znaki, petardy, eliksiry, oleje, i wszystko to jest guzik warte, bo wystarczy bezmyślnie klepać przyciski dotrzeć do napisów końcowych. Owszem, są wyższe poziomy trudności, ale już ten podstawowy powinien oferować jakiekolwiek wyzwanie.

Fabuła jest spoko. Owszem, poszukiwanie Ciri to zrzynka z książek, ale skoro nie przeszkadza mi to, że Przebudzenie Mocy jest Nową Nadzieją na sterydach, to i Wiedźmina nie będę się czepiał. Zwłaszcza że scenariusz jest całkiem zgrabnie napisany. Są sceny które mogłyby wywołać u odbiorcy jakieś feelsy, wybory moralne naprawdę nie są łatwe – piękny był moment, gdy wybór opcji dialogowej w misji pobocznej, którą wziąłem od jakiegoś chłopa przy drodze krzyczącego „wiedźminie, pomóżcie!”, sprawił mi większy dylemat niż zakończenie Deus Exa: Human Revolution – a scenarzyści bardzo zgrabnie posługują się Strzelbami Czechowa, np. motyw ze wstążką w dodatku Krew i Wino jest po prostu zajebisty. Wszystko to daje bardzo fajny efekt, i mimo że nie potrafię się w tę fabułę zaangażować (o tym za chwilę) to doceniam wykonanie. Szkoda że tak dobrze skonstruowana historia prowadzi do tak cholernie nijakiego zakończenia. Punktem kulminacyjnym gry jest bitwa z Dzikim Gonem w Kaer Morhen, świetna scena, cutscenki na silniku gry są bardzo dobrze wyreżyserowane, fabuła na przykładzie Vesemira pokazuje że Dziki Gon faktycznie jest zagrożeniem, wszystko tam jest takie jak powinno. A później jest ta ostateczna bitwa na Skellige, podczas której nie dzieje się absolutnie nic ciekawego. Eredin to straszny leszcz, „zdrada” Avallac'ha była do przewidzenia, to że Ciri zostanie wiedźminką też. No dobra, są inne zakończenia, ale wszystkie powinny trzymać jakiś poziom, a to które widziałem jest słabe. No i samo wykonanie tego wielkiego finału to straszne partactwo. Po zwieńczeniu całej przygody oczekiwałbym jakiejś ślicznej animowanej scenki, jak na początku gry. Nie ma. Może chociaż jakaś zajebista cutscenka na silniku gry, jak pojedynek Eskela z Caranthirem w Kaer Morhen? Nie ma. Nic tam nie ma, nie dzieje się absolutnie nic ciekawego, grand finale jest przedstawiony tak, że po całym tym czasie spędzonym przy konsoli czuję się oszukany. Tak się nie robi zakończeń.

Za to klimat daje radę. Trupy wiszące na drzewach i wszędobylskie stosy w pogrążonych wojną Velen i Novigradzie robią wrażenie, górzyste krajobrazy na Skellige są przepiękne, a baśniowe Toussaint olśniewa architekturą i roślinnością. Często musiałem się na chwilę zatrzymać i po prostu podziwiać otoczenie, zwłaszcza na Skellige, na którym w tle przygrywała moim zdaniem najładniejsza w całej grze muzyka (ten wokal!).

No dobra, to co z tym moim brakiem zaangażowania? Otóż nie umiem się wczuć w fabułę, bo Wiedźmin 3 jest grą cholernie niedojrzałą. Po pierwsze, język. Gdy w książkach padała jakaś „kurwa”, to wywoływała określony efekt, bo nie pojawiały się one zbyt często. Owszem, postaci były wulgarne, ale Sapkowski posługiwał się trochę bogatszym słownictwem niż REDzi, niejednokrotnie używał archaizmów i innych urozmaiceń. A REDzi, ku uciesze wszystkich graczy w wieku gimnazjalnym, „kurwy” i „chuje” wstawiają w dialogach zamiast przecinków. Często na tym opiera się również humor. Teksty takie jak słynna fraszka „Lambert, Lambert, ty chuju” wywołują raczej uśmiech politowania niż szczere rozbawienie. Choć przyznaję, że zdarzają się też sceny naprawdę zabawne. Gdy wiedźmini po pijaku przebrali się w ubrania Yennefer to prawie się popłakałem, aczkolwiek to także nie jest humor najwyższych lotów, ale na pewno ambitniejszy niż większość „zabawnych tekstów” z Wiedźmina, które można sprowadzić do „he he, brzydkie słowo iks de”. Zresztą to już było utrapieniem w Zabójcach Królów, ale na o wiele mniejszą skalę, bo i gra była dużo krótsza.

Po drugie, fanserwis. Podobny problem mam z serialową Grą o Tron, szczucie cycem jest strasznie tanim zagraniem, a jednak sceny seksu pojawić się muszą, bo tak. Żeby jeszcze były zrobione jakoś ze smakiem to nie byłoby problemu, ale, niestety, seks w Dzikim Gonie wygląda jak zwyczajne porno. W podstawce jeszcze nie jest to aż tak straszne, Triss kulturalnie spławiłem, Yennefer kanonicznie zaliczyłem, wszystko spoko, ale dodatki to jakiś dramat. W Sercach z Kamienia starałem się, podobnie jak to wcześniej zrobiłem z Triss, dać Shani do zrozumienia że nie chcę, jednocześnie nie będąc bucem. Nie udało mi się, bo REDzi bardzo chcieli żebym jednak zobaczył te animowane cycki, i chyba nigdy wcześniej nie odczuwałem takiego dyskomfortu oglądając cutscenkę w grze. W Krwi i Winie jest jeszcze gorzej. W pewnym momencie główna antagonistka, która zna Geralta od zaledwie kilku dni, nagle stwierdza że potrzebuje mężczyzny i proponuje mu seks. Te postacie nie miały żadnej relacji, nie było żadnej sugestii że coś między nimi może się wydarzyć, ale przecież w Wiedźminie musi być ruchanie. Tyle że scenarzyści nie mieli pomysłu jak je wpleść do fabuły, więc stworzyli takiego potworka. Oczywiście kazałem jej spadać, i tym razem było to prostsze, bo w dialogu wystarczyło wybrać „tak” lub „nie”, ale samo istnienie tej idiotycznej sceny mnie boli.

Jest tu też trochę fabularnych głupot sprzecznych z informacjami z książek, jak np. wszędobylskie stada potworów, choć w książkach często było powtarzane, że wiedźmini stają się coraz mniej potrzebni, bo jest coraz mniej potworów. Pewnie to było jakoś wytłumaczone w pierwszej grze, ale nawet jeśli to i tak jest bzdurne. A największą bzdurą Dzikiego Gonu jest wskrzeszenie Regisa w Krwi i Winie. Ostatni moment gdy widzimy Regisa w książkach to jego starcie z Vilgefortzem, które skończyło się dla niego nader niefortunnie, a scenarzyści gry próbują nam wcisnąć że „inny wampir pomógł mu się zregenerować”. Jak jeszcze rozumiem że Geralt mógł się jakoś wykaraskać z dziabnięcia widłami, tak z Regisa została plama wtopiona w cokół. Wiem że wampir wyższy, potężne moce regeneracyjne i takie tam, ale nie kupuję jego powrotu, wprowadzenie tej postaci wydało mi się strasznie na siłę. Jednak te niespójności to tylko głupotki nie wpływające za bardzo na ogólny odbiór gry, a jedynie trochę irytujące fanów książek.

Muszę poświęcić akapit „innym światom”, bo te są bardzo ciekawym patentem. Mam na myśli wędrówkę po obcych wymiarach z Avallac'hem, świat w obrazie Iris von Everec, i Krainę Tysiąca Baśni. Te krótkie etapy dały możliwość eksploracji nowych środowisk, co było bardzo odświeżające, bo nawet Skellige po kilkudziesięciu godzinach może się znudzić. No i są świetnie zaprojektowane, światy odwiedzane z Avallac'hem wyglądają tak, że aż chciałoby się dowiedzieć o nich czegoś więcej, a Kraina Tysiąca Baśni bardzo przypomina mi świetną grę Alice: Madness Returns. Tyle że w Alice była tylko mroczna reinterpretacja Krainy Czarów z książek Lewisa Carrolla, a w Wiedźminie mamy dekonstrukcję przeróżnych znanych bajek. Najbardziej przypadły mi do gustu dziewczynka z zapałkami, która postanowiła zmienić branżę i teraz sprzedaje twarde narkotyki, i roszpunka, która znudzona czekaniem na swojego księcia powiesiła się na własnych włosach. Mroczne, kolorowe, fajne.

Coś pochwaliłem, to coś muszę opieprzyć. Bossowie w Wiedźminie to straszne leszcze. Znów czepiam się przede wszystkim poziomu trudności, ale też same walki są tak sobie zaprojektowane. Wiedźmy to straszny zawód. Tak fajne, klimatyczne postaci, a ich koniec jest tak nijaki jak zakończenie całej gry. Jeźdźcy Gonu to pozbawione osobowości zakute pały, a Eredin to największa łajza z nich wszystkich, bo od ostatniego bossa się wymaga, a on nijak nie dostarcza. Klucznik przynajmniej fajnie wygląda, ale, tak jak cała reszta, ma trzy ataki na krzyż i padł za pierwszym podejściem. Chlubnym wyjątkiem jest Dettlaf. Podczas walki dwa razy całkiem zmieniały się zasady, jego ataki były potężne, i naprawdę musiałem się skupić żeby go pokonać. Tak powinny wyglądać starcia z bossami. A Eredin to leszcz.

Zaryzykuję stwierdzenie, że przez większość czasu poświęconego na ukończenie Dzikiego Gonu dobrze się bawiłem, ale w tej beczce dziegciu jest prawie tak wiele jak miodu. Może być ten trzeci Wiedźmin, ale ogromnej popularności tego tytułu i deszczu nagród jaki na niego spadł nie potrafię, lub nie chcę, zrozumieć.  


niedziela, 12 lutego 2017

Top 5 odcinków Black Mirror


Black Mirror to antologia krótkich filmów science fiction stworzona przez Charliego Brookera skoncentrowana na mrocznym aspekcie rozwoju technologicznego. Na początku powstały tylko trzy epizody, ale seria była tak popularna że stacja na której ją emitowano zleciła stworzenie kolejnych, a później całość wykupił Netflix i dorzucił swoją cegiełkę. Black Mirror jest świetne, większość odcinków utrzymuje wysoki poziom, zdarzają się niechlubne wyjątki ale nie rzutują one na postrzeganie całości. Zaryzykuję stwierdzenie że za kilkanaście lat BM będzie kultowe, jeśli nie w mainstreamie to na pewno wśród fanów sci-fi. Nie widzę sensu w recenzowaniu całości, bo seria od dawna ma w internetach pozytywną renomę z którą się zgadzam, za to od pytania „czy podoba ci się Black Mirror?” o wiele ciekawsze wydaje mi się „który odcinek Black Mirror podoba ci się najbardziej?”, więc z trzynastu obecnie dostępnych postanowiłem wybrać pięć moich ulubionych.

UWAGA, SPOILERY

5. White Bear

Biały niedźwiedź przypomina coś, co mógłby nakręcić M. Night Shamalamadingdong gdyby postanowił zrobić drugi dobry film. Główna bohaterka budzi się z amnezją w jakimś domu, by chwilę potem zacząć uciekać przed zamaskowanymi szaleńcami próbującymi ją zamordować, jednocześnie będąc obserwowaną przez dziesiątki ludzi kręcących to wszystko swoimi telefonami i kamerami. Przez większą część czasu odcinek stara się wzbudzić sympatię do bohaterki, dowiadujemy się że miała córkę, obserwujemy jej zmagania z przeciwnikami, a pod koniec... okazuje się że to wszystko było kłamstwem. Wychodzi na jaw że kobieta nazywa się Victoria Skillane, i nagrywała telefonem jak jej narzeczony torturował, zamordował, i spalił ciało małej dziewczynki, o której do tej pory myśleliśmy że jest jej córką, a zamaskowani mordercy to tylko aktorzy. Ośrodek „White Bear Justice Park” jest karą dla Victorii, która ma codziennie przeżywać to samo co czuła jej ofiara. Pod koniec dnia jej wspomnienia są kasowane, i następnego ranka znów budzi się z amnezją. A odwiedzający z radością przychodzą obserwować jej zmagania, patrzeć jak cierpi. Można się rozwodzić na przekazem tego odcinka, jego głębią, znaczeniem, ale szczerze mówiąc do mnie nie trafiły. Zdecydowanie plot twist robi tutaj największe wrażenie, wystarczająco duże aby dostać się na tę listę.

4. Hated in the Nation

Większość epizodów Black Mirror trwa jakieś 40-60 minut. Hated in the Nation liczy sobie osiemdziesiąt dziewięć minut, tyle co normalny film pełnometrażowy, i to pozwoliło wrzucić do tego odcinka mnóstwo fajnych rzeczy. W tej rzeczywistości nie ma już pszczół, więc jakaś korpo zrobiła robo-pszczółki żeby uratować ekosystem. Wszystko było ładnie i cacy, dopóki te małe dranie nie zaczęły zabijać. Fabuła skupia się na dochodzeniu w tej sprawie, prowadzonym przez detektyw Karin Parke i jej sidekicka, Blue. Policyjno-detektywistyczne klimaty są spoko, więc wątek kryminalny na plus. Motyw z mechanicznymi pszczołami jest ciekawy, zwłaszcza że kiedyś coś takiego może faktycznie istnieć. Do tego odcinek krytykuje nienawiść w social mediach, co również jest aktualnym problemem. No i odgrywająca główną rolę Kelly Macdonald ma zajebisty akcent.

3. San Junipero

Black Mirror jest znane z ponurego, wręcz depresyjnego klimatu. Jakież więc było zdziwienie wszystkich, gdy w jednym z odcinków zobaczyli szczęśliwe zakończenie! A to nie jedyna odważna rzecz jaką robi San Junipero, bo cały odcinek opowiada o miłości dwóch kobiet, z których jedna nigdy nie była w homoromantycznym związku i dopiero odkrywa tę stronę siebie. Łatwo taki wątek spieprzyć, ale Brooker sobie poradził i napisał te postaci wiarygodnie. W ogóle cały odcinek jest bardzo pozytywny, co stawia go w opozycji do całej reszty serii. I bardzo dobrze, bo po tylu ponurych i mrocznych historiach przydaje się taki powiew świeżości.

2. Be Right Back

Nie czytałem mangi Astro Boy Osamu Tezuki, ale amerykański film animowany z 2009 na jej podstawie zawsze mnie irytował. Jest tam naukowiec któremu w wyniku nieszczęśliwego wypadku zmarł syn, więc zbudował sobie robota na jego wzór i dał mu jego wspomnienia. I znów miał syna, wszyscy są szczęśliwi, wszyscy robota lubią bo jest taki fajny i w ogóle. A mi nie daje spokoju fakt, że chłopiec nie żyje, choć wszyscy bohaterowie mają to w dupie bo przecież robot go zastąpił. Bardzo podobny motyw jest w Be Right Back, tyle że jest zrobiony dobrze. Martha i Ash to młoda para. Ash zginął, więc Martha użyła aplikacji, która, na podstawie wypowiedzi Asha publikowanych w internecie, ma go udawać. Na początku jest super, Ash jak żywy, ale im więcej czasu ze sobą spędzają, tym bardziej Martha zauważa że to tylko AI nieudolnie próbujące udawać osobę którą znała. Bardzo mi się spodobał ten motyw „przywracania kogoś do żywych”, zwłaszcza w porównaniu z tym cholernym Astro Boyem.

1. Fifteen Million Merits

Najbardziej odrealniony epizod całej serii, przedstawiający dystopijny świat gdzieś pod ziemią, w którym większość ludzi mieszka w małych celach, a jedyne co robią każdego dnia to pedałowanie na rowerkach aby tworzyć elektryczność dla „tych lepszych”. Jedyna opcja żeby się z tego wyrwać to wzięcie udziału w talent show, i dołączenie do wyższej klasy społecznej. Tę próbę podejmuje Abi, chcąca zostać piosenkarką. Jej wątek to jedna z najbardziej tragicznych historii w Black Mirror, bo zamiast kariery muzycznej zostaje zmuszona do bycia gwiazdą porno. Ale to nie ona jest tutaj główną bohaterką, tylko chłopak który pomógł jej „spełnić marzenie”, Bing. Po tragedii przyjaciółki sam postanawia zgłosić się do talent show, i daje tam zajebistą przemowę krytykującą otaczającą go rzeczywistość. Występ aktorski Daniela Kaluuyi w tej scenie wgniótł mnie w fotel, imołszyns są tutaj silne. Odcinek jest bardzo trafną satyrą na programy rozrywkowe, wiele tutaj dobra dla osób które nie mogą patrzeć na kolejne X-Factory czy Mam Talent, a oprócz warstwy satyrycznej to po prostu ciekawa dystopia, z wieloma interesującymi motywami.



A które odcinki wam spodobały się najbardziej?

sobota, 4 lutego 2017

Seria Niefortunnych Zdarzeń (serial)


Netflix już od początku roku rozpieszcza fanów seriali. W piątek trzynastego (a jakże) stycznia ukazała się ich Seria Niefortunnych Zdarzeń, druga już adaptacja serii książek dla dzieci Lemony'ego Snicketa pod tym samym tytułem. Nie czytałem książek, nie widziałem filmu z Jimem Carreyem, a nową oryginalną produkcją Netflixa zainteresowałem się głównie dzięki jej uroczej kampanii reklamowej, która przekonywała widzów żeby tego nie oglądali i poszli robić coś innego, a że jestem edgy i nie będę robił tego co mi każą to oczywiście musiałem ten serial obejrzeć. I okazało się że nie tylko marketing był dobry, a ja mam już jeden z ulubionych seriali tego roku.

Po śmierci rodziców w tajemniczym pożarze Violet, Klaus i Sunny Baudelaire trafiają pod opiekę Hrabiego Olafa, aktora teatralnego, który zamierza przejąć fortunę odziedziczoną po rodzicach przez Violet. Śmierć rodziców była tylko początkiem nieszczęść Baudelaire'ów, a ich kolejne przygody zdecydowanie nie są czymś, czego chciało by się doświadczyć samemu. Dlatego z taką satysfakcją się to ogląda. Dzieciaki, mimo wpadania w coraz większe kłopoty, jakoś sobie radzą, często dzięki swoim „specjalnym umiejętnościom”. Najstarsza, czternastoletnia Violet jest inżynierem i buduje różne maszyny, dwunastoletni Klaus czyta książki i wie rzeczy, a Sunny jest jeszcze niemowlakiem, ale ma mocne zęby mogące się przegryźć nawet przez kamień. Wątek dzieci nie jest jednak wszystkim co serial ma do zaoferowania. W tle rozgrywa się intryga związana z tajną organizacją, w którą zamieszana jest większość dorosłych bohaterów. Tak, ten serial jest totalnie przerysowany. Pod każdym aspektem, od scenariusza po dekoracje. W świecie Serii Niefortunnych Zdarzeń, jak to w tekstach kultury targetowanych w młodszego odbiorcę bywa, to dzieci są jedynymi rozsądnymi osobami i wszystkie spotykające ich nieszczęścia są winą nieporadnych dorosłych, a i scenografia nie boi się wyglądać trochę sztucznie, operując odrealnioną paletą kolorów i nieautentyczną scenerią. Widać w tym rękę producenta i reżysera serii, Barry'ego Sonnenfelda, znanego z takich filmów jak Man in Black czy Wild Wild West. Świetnie po tej surrealistycznej stylistyce porusza się grający głównego antagonistę Neil Patrick Harris, który, przypominam tym którzy utknęli w serialach, jest, tak jak grana przez niego postać, aktorem teatralnym, więc jako Olaf może przenieść na ekran trochę scenicznego doświadczenia i poszarżować aktorsko. Do tego czwarta ściana wędruje sobie z miejsca na miejsce, raz stoi stabilnie, raz znika, a całą historię opowiada grany przez Patricka Warburtona narrator, będący jednocześnie bohaterem ze świata przedstawionego.

To wszystko działa, ale trzeba pamiętać o jednej rzeczy: to jest serial dla dzieci. Spokojnie możecie to oglądać z dziećmi/bratankami/młodszymi kuzynami/whateva, dzieciaki były targetem książek i nie inaczej jest z serialem. Stąd aspekt dydaktyczny, który trochę mi przeszkadzał. Mianowicie w każdym miejscu do którego trafiają Baudelaire'owie jest biblioteka, i to tam bohaterowie muszą się udać żeby rozwiązać wszystkie swoje problemy. Zgadzam się że biblioteki są super, ale ten serial podkreśla to trochę zbyt dobitnie. Nie znaczy to jednak że jest całkiem dziecinny. Hrabia Olaf jest okrutny i nie ma oporów przed zabijaniem żeby osiągnąć cel, a dzieciaki są przetrzymywane w klatkach, zmuszane do pracy, hipnotyzowane, i generalnie klimat jest raczej ponury. Równoważy to świetny humor. Scenariusz pisał ukrywający się pod pseudonimem „Lemony Snicket” Daniel Handler, autor pierwowzoru, i odwalił kawał dobrej roboty. Humor słowny i sytuacyjny moim zdaniem jest perfekcyjny, choć czasami twórcy stąpają po cienkim lodzie. Jest np. scena w której pada propozycja pójścia do kina, na co Neil Patrick Harris stwierdza że woli rozrywkę w zaciszu domowym, w streamingowej telewizji, i mówiąc to patrzy w kamerę. Mi się takie smaczki podobają, ale dla niektórych może to być zbyt nachalne puszczanie oczka do widza. A, no i oczywiście polecam oglądać po angielsku, bo są żarty nieprzetłumaczalne, i tutaj też kilka takich się znajdzie.

Trzeba poświęcić akapit obsadzie, bo ta jest fenomenalna. Przyznam się bez bicia że nie widziałem Jak poznałem waszą matkę (w ogóle jakiś nieprzygotowany jestem do tej notki...), więc nie powiem wam czy NPH odciął się od wizerunku Barneya Stinsona, ale zapewniam że jego Hrabia Olaf jest cudowny. Zły do szpiku kości, kreskówkowo przerysowany, zabawny, a scenariusz co i rusz każe mu się pod kogoś podszywać, więc oprócz NPH wcielającego się w Olafa mamy Olafa wcielającego się np. w kapitana okrętu. Wspaniale się ogląda tę aktorską matrioszkę. A reszta obsady wcale Harrisowi nie ustępuje. Patrick Warburton ze swoim charakterystycznym głosem jest świetnym narratorem, wiecznie kaszlący pracownik banku Arthur Poe grany przez K. Todda Freemana jest przezabawny, i, co nie powinno być zaskoczeniem po Stranger Things, nawet dzieciaki wypadają dobrze. Malina Weissman i Louis Hynes mimo młodego wieku stanęli na wysokości zadania i nie odstają od reszty aktorów. No i w większości są to aktorzy którzy potrafią śpiewać, z czego twórcy nie omieszkali skorzystać i dali im trzy świetne piosenki: śpiewany przez NPH opening każdego odcinka Look Away, również wykonywane przez NPH i grupkę postaci drugoplanowych It's the Count!, oraz śpiewane przez wszystkich bohaterów That's Not How The Story Goes w finale. Niezwykle przyjemnie się tego wszystkiego słucha, mam nadzieję że w kolejnych sezonach obsada również będzie miała okazję pośpiewać. A w ogóle to po drugim planie spaceruje sobie Batman, i to ten najlepszy, Lego Batman. Ale kogo gra Will Arnett wam nie powiem, bo trochę spoiler.

Pierwszy sezon składa się z ośmiu odcinków, a każde dwa to kolejna powieść. Literacki pierwowzór to trzynastotomowa seria, więc, jeśli nie zrobiłem błędu w obliczeniach, do tej pory Netflix zekranizował cztery książki. Ciekawi mnie jak to będzie wyglądało dalej, bo trzynaście nie za bardzo chce się podzielić na cztery. Najpewniej ostatni sezon będzie dłuższy.

Fabuła toczy się wartko, humor bawi, sekretna organizacja intryguje, a jeden z ostatnich odcinków kończy się twistem który wgniótł mnie w fotel i mamrocząc „ja pierdolę” musiałem zbierać szczękę z podłogi. Jedyny problem Serii Niefortunnych Zdarzeń to otwarte zakończenie, bo historia urywa się w trakcie i nie wiadomo ile trzeba będzie czekać na ciąg dalszy. Oczywiście jest to uwarunkowane książkowym oryginałem, i przestanie być problemem kiedy drugi sezon w końcu się ukaże, a ilość dobra oferowanego przez ten serial jest tak ogromna że ten mały minusik nic nie znaczy. Netflix znowu zrobił coś po prostu zajebistego, oglądajcie bo warto!